Szczyt wszystkiego
Człowiek, który wsiada do dwóch samochodów naraz, nie wzbudza zaufania.

„Oazą wolności jesteśmy”. W minioną niedzielę na Jasnej Górze – bo tam akurat premier Szydło przyparło – wywaliła to całemu światu, który nawet nie powąchał tej swobody, jaką my od ośmiu miesięcy oddychamy. Ludzie na wszystkich kontynentach oczy wytrzeszczają ze zdumienia, że można tak być z wolnością za pan brat. Ale premier, ze znanym Polakom bolesnym uśmiechem, wyjaśniła: można, bo mamy chrześcijańskie korzenie oraz ojca Tadeusza, który „kiedy jest najtrudniej, zawsze jest z ojczyzną”.

A właśnie jest trudniej. Do naszej oazy z różnych krajów zjechała się kupa ludzi powodowana jedną myślą – jak ubezwłasnowolnić Polskę. Żadnemu z nich nawet nie przyszło do głowy, że to ojczyzna naszych praojców. Po przesiąkniętej polskiej ziemi chodzili niczym po deptaku i trudno się nawet temu dziwić. Oni umieją tylko „zabijać wartości budujące naszą tożsamość”. Siła i trafność tej myśli była niczym grom, wielu pielgrzymów pod jasnogórskim klasztorem otworzyło nawet parasole. Na szczęście niebo jaśniało lazurem. To tylko serce i usta pani premier miotały pioruny w stronę tak zwanych możnych tego świata, zgromadzonych w Warszawie na szczycie. A właściwie w jednego z nich.

Bo powiedzmy prawdę. Człowiek, który wsiada do dwóch samochodów naraz, nie wzbudza zaufania, nawet jeśli jest prezydentem wielkiego mocarstwa. Zwłaszcza że potem wysiada tylko z jednego z nich. To bardzo przygnębiające. W dodatku, nadrabiając miną, człowiek ten serwuje naszemu prezydentowi polityczne piłki nie do odebrania. Mówi, że demokracja wymaga trójpodziału władzy i niezależności Trybunału Konstytucyjnego. Że ważne są nie tylko słowa zapisane w konstytucji, ale i instytucje, na których na co dzień polegamy – niezależne sądownictwo i wolne media. Trudno się dziwić Andrzejowi Dudzie, że słysząc te słowa, nie bardzo wiedział, o co chodzi. Nam, w oazie, mówić takie rzeczy? Jedynie wielkiemu obyciu dyplomatycznemu i taktowi polskiej głowy państwa zawdzięczamy, że słowa te pozostawił bez komentarza. Zaprzeczył nawet, że je usłyszał. Podczas rozmowy w cztery oczy Barack Obama mówił zupełnie co innego – wyjaśnił Duda. I tylko delikatny, ledwo widoczny uśmiech wyższości gościł na jego twarzy. Z pewnością powtarzał sobie genialną myśl Antoniego Macierewicza, że „ludzie, którzy budowali swoje państwo dopiero w XVIII wieku, nie będą nam mówili, co to jest demokracja”.

PiS nie miał wyjścia. Grzecznie, ale stanowczo dał zachodnim zadufkom lekcję prawdziwej historii naszego wejścia do NATO. Kluczową rolę odegrali w niej trzej politycy Prawa i Sprawiedliwości: Jan Olszewski, Lech Kaczyński i Andrzej Duda. Kłamliwe tezy, że Lech Wałęsa wyprowadził wojska sowieckie z Polski, Bronisław Geremek złożył nasze dokumenty ratyfikacyjne w siedzibie Paktu, a prezydent Kwaśniewski je podpisał, raz na zawsze znikną ze szkolnych podręczników historii. Takich osób po prostu w ogóle nie było.

Był za to uzgodniony z Donaldem Tuskiem zamach Putina w Smoleńsku. 10 kwietnia 2010 r. zamordowano tam prezydenta Kaczyńskiego, generałów Paktu Północnoatlantyckiego i innych naszych wielkich patriotów – głosiła ulotka rozdawana oficjalnie w kuluarach szczytu NATO. Przygotowała ją Ewa Stankiewicz z „Gazety Polskiej”. Piękna pamiątka dla wszystkich, nie ma co.

Gdy kilka dni temu oglądałem w telewizji zarzynanie Trybunału Konstytucyjnego przez PiS, pocieszałem się jednym. Że zdążyliśmy. Weszliśmy do NATO oraz Unii Europejskiej, zanim te mentalne i moralne skamieliny wypełzły z mroku i założyły nam oazę wolności.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną