Jak silna jest premier Szydło

Syndrom Kazimierza
Jaka jest pozycja pani premier? Prezes zarzeka się, że mocna. A to wróży jak najgorzej.
Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński i Beata Szydło. Kluczowy dla przyszłości Szydło jest jej konflikt z Morawieckim.
Artur Zawadzki/Reporter, Andrzej Hulimka/Reporter, Andrzej Iwańczuk/Reporter

Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński i Beata Szydło. Kluczowy dla przyszłości Szydło jest jej konflikt z Morawieckim.

Premier od miesięcy traci wpływy w polityce gospodarczej na rzecz Morawieckiego, którego wspiera Kaczyński.
Forum

Premier od miesięcy traci wpływy w polityce gospodarczej na rzecz Morawieckiego, którego wspiera Kaczyński.

Odwołanie Szydło partia przyjęłaby z entuzjazmem. Na zdjęciu premier Beata Szydło wraz z mężem podczas Światowych Dni Młodzieży.
Kancelaria Prezesa RM

Odwołanie Szydło partia przyjęłaby z entuzjazmem. Na zdjęciu premier Beata Szydło wraz z mężem podczas Światowych Dni Młodzieży.

audio

Audio Polityka Wojciech Szacki - Syndrom Kazimierza

Przyspieszenie jest potrzebne. W wielu miejscach zmiany są zbyt wolne – oceniał Jarosław Kaczyński w maju 2006 r. Po dekadzie szef PiS wydaje tę samą komendę. „Musimy jeszcze przyspieszyć, musimy uruchamiać kolejne projekty, musimy ruszyć jeszcze mocniej do przodu” – mówił w kwietniu w dyscyplinującym rząd wywiadzie dla „wSieci”. Na partyjnym kongresie w lipcu tę samą treść ubrał w metaforę: „idziemy we właściwym kierunku, ale kolumna nam się rozciągnęła, jest czołówka, ale są też tabory”. W „Rzeczpospolitej” prosił zaś, by nie zachęcać go do „podnoszenia ręki na panią premier”. Przed laty Kazimierz Marcinkiewicz słyszał komunikaty równie uspokajające, a właśnie przemknęła dziesiąta rocznica jego wymuszonej przez prezesa dymisji.

Warto przypomnieć tamte wydarzenia; w dobie Beaty Szydło aktualna jest przecież myśl Piotra Zaremby, który pisząc o odwołaniu Marcinkiewicza, pytał: „Skoro gabinet Kaczyńskiego staje się realnym centrum władzy, to po co centrum drugie?”. Teraz też istnieje, jak to ujął Zaremba, „pozbawiona logiki dwuwładza, problem odległości między Nowogrodzką i Ujazdowskimi”. Nowogrodzka to siedziba PiS, w Alejach Ujazdowskich mieści się Kancelaria Premiera.

To Kaczyński jest ostateczną instancją dla posłów, ministrów i nominatów PiS. Gdy ostatnio ważył się los prezesa TVP Jacka Kurskiego, to ważył się na Nowogrodzkiej, a nie w Ujazdowskich. Szef PiS uznał, że Kurski powinien zostać co najmniej do jesieni i posłowie PiS z Rady Mediów Narodowych, którzy dwie godziny wcześniej prezesa odwołali, musieli pospiesznie wiosłować z powrotem.

Lekcje z upadku Marcinkiewicza

10 lat temu odwołanie szefa rządu poszło Kaczyńskiemu nad wyraz sprawnie. Był premier, nie ma premiera. Nie pomogły mu, a wręcz zaszkodziły popularność, zaufanie społeczne i miłość tabloidów. W kąt poszły deklaracje prezesa PiS, który pod koniec marca 2006 r. przekonywał dziennikarzy: „Nie ma takiego planu, w ramach którego Kazimierz Marcinkiewicz, który jest przez społeczeństwo i przez nas, kierownictwo partii, oceniany dobrze, miałby ustąpić i miał być przez kogokolwiek zastępowany”.

A nieco później, w wywiadzie rzece „O dwóch takich…”, powtórzył dobitnie: „Dobrze oceniam jego przywódcze umiejętności. Jest świetną twarzą rządu, a to więcej niż ważne”. I dodał, że podczas pierwszej kadencji Lecha Kaczyńskiego na pewno nie zostanie szefem rządu: „To nie jest prawda, że za rok czy dwa wymienię premiera Marcinkiewicza”. To był już maj 2006 r., po zawarciu koalicji z Samoobroną i LPR. Wychwalanemu Marcinkiewiczowi zostały niespełna dwa miesiąca premierowania.

Czuł się bezpiecznie, pokładał ufność w rosnące słupki sondaży. Pozwalał sobie na coraz więcej; w maju za jego wiedzą ówczesny sekretarz stanu w Kancelarii Premiera Ryszard Schnepf zaproponował, że Polska przyłączy się do budowy NordStreamu. Bieda w tym, że odbyło się to ponad głowami braci Kaczyńskich. Koniec końców Schnepf został zmuszony do dymisji, a Marcinkiewicz oświadczył, że o niczym nie miał pojęcia.

Miesiąc później premier nie poszedł do Pałacu Prezydenckiego na konsultacje przed szczytem Unii Europejskiej, a współpracownikom – m.in. szefowi Kancelarii Premiera Mariuszowi Błaszczakowi – oznajmił, że nie zamierza wysłuchiwać instrukcji od prezydenta. Relacje z Lechem Kaczyńskim miał zresztą lodowate; prezydent uważał, że po wyborach 2005 r. premierem powinien zostać jego brat. 24 czerwca Marcinkiewicz wyrzucił z rządu minister finansów Zytę Gilowską z powodu oskarżeń o współpracę z SB, a na jej miejsce przyjął bezpartyjnego Pawła Wojciechowskiego. Znów bez konsultacji z szefem PiS i prezydentem.

Wówczas Kaczyński zdecydował się usunąć Marcinkiewicza. O planie wiedziało zaledwie kilka osób, udało się go zachować w tajemnicy przed ofiarą. W piątek 7 lipca premier odwołuje wizytę w Chorwacji, idzie na posiedzenie Komitetu Politycznego PiS. Tam w rozmowie w cztery oczy Kaczyński wzywa go do złożenia dymisji. Marcinkiewicz, jak się wydaje, żywi jeszcze jakieś nadzieje. Do oporu wzywa go przez telefon wicepremier Roman Giertych, którego Kaczyński uprzedził o zmianie premiera tydzień wcześniej na kolacji. Marcinkiewicz przez chwilę kalkuluje – PiS nie ma samodzielnej większości – i łudzi się, że 40–50 posłów pójdzie za nim, a nie za Kaczyńskim.

Posiedzenie komitetu politycznego rozwiewa jednak wątpliwości. Marcinkiewicza nie poparł nikt. „Poczułem ostre narzędzie między łopatkami” – wspominał w wywiadzie rzece „Kulisy władzy”. Parę dni później premierem był już Kaczyński, a Marcinkiewicz po kilku miesiącach przegrał wybory na prezydenta Warszawy i na dobre zniknął z polityki.

Szydło odrobiła lekcję z Marcinkiewicza. Nie pozwala sobie na ostentacyjne gesty nielojalności, z uśmiechem łyka gorzkie pigułki. Gdyby Kazimierz był w połowie tak sprytny jak ona, mógłby być premierem jeszcze długo – ocenia ważny polityk obozu władzy.

Ale dziś Kaczyński jest znacznie silniejszy niż w 2006 r., a PiS ma samodzielną większość. Odwołanie Szydło nie byłoby bardziej skomplikowane niż dymisja Marcinkiewicza, a partia przyjęłaby ten ruch z entuzjazmem. Jaka jest zatem pozycja pani premier?

Morawiecki wzmacnia się w terenie

Kluczowy dla przyszłości Szydło jest jej konflikt z wicepremierem i ministrem rozwoju Mateuszem Morawieckim. Obie strony niespecjalnie już się z nim kryją, wystarczy porozmawiać z ludźmi z ich otoczenia.

Morawiecki jeździ po Polsce – do końca wakacji chce odwiedzić wszystkie województwa – i spotyka się z przedsiębiorcami i samorządowcami, siłą rzeczy głównie z PiS. Poznaje lokalnych działaczy i przedstawia im swój plan rozwoju Polski (swój, bo nawet ochrzczony jego nazwiskiem). Buduje się w ten sposób w terenie. Na jednym z takich spotkań, w Bydgoszczy, bez entuzjazmu wypowiedział się o programie 500+, kojarzonym nie z nim, lecz z Szydło: „Bardziej niż konsumpcja potrzebne są inwestycje i oszczędności. A przypominam, że 500+ jest na kredyt. Zadłużyliśmy się o dodatkowe 20 mld zł, bo chcemy promować dzietność. Jesteśmy we własnym gronie i nie musimy mówić sobie tylko pięknych słów”. Wicepremiera zacytowała „Gazeta Wyborcza”. Po interwencji Szydło Morawiecki tłumaczył, że został źle zrozumiany. Krótko potem premier zwołała konferencję prasową, na której wraz z ministrami finansów Pawłem Szałamachą i rodziny Elżbietą Rafalską pochwaliła się pierwszymi miesiącami obowiązywania programu 500+.

Konferencja była ewidentnie reakcją na słowa Mateusza w Bydgoszczy. Z tego, co wiem, nie było jej wcześniej w planach – mówi polityk z otoczenia Morawieckiego. Spór Szydło z jej zastępcą wykracza jednak poza ambicjonalną rywalizację o to, który program jest ważniejszy: 500+ czy plan Morawieckiego.

Premier od miesięcy traci wpływy w polityce gospodarczej na rzecz Morawieckiego, którego wspiera Kaczyński. Po cichu próbowała to opóźniać, w walce z wicepremierem o kontrolę nad instytucjami wspierała to Szałamachę, to ministra skarbu Dawida Jackiewicza. To właśnie sprowokowało Kaczyńskiego do słów o konieczności przyspieszenia.

– Prezes lubi konflikty, bo dzięki nim sam zajmuje pozycję superarbitra. Ale konflikt Szydło z Morawieckim jest z innego porządku; Jarosław uważa, że premier torpeduje jego idée fixe, czyli oddanie polityki gospodarczej jednej osobie przy jednoczesnym osłabieniu ministra finansów – zwraca uwagę nasz rozmówca. – To było widoczne już w poprzednim rządzie PiS, w którym protoplastą Morawieckiego była Grażyna Gęsicka. Morawiecki jest tak silny, bo dopasował się do starej koncepcji Kaczyńskiego – dodaje.

Nasz rozmówca z kręgów rządowych zwraca uwagę na jeszcze jedną przewagę Morawieckiego: – Rząd został tak skonstruowany, że każdy musi czuć czyjś oddech za plecami. Rywalizują ministrowie siłowi, gospodarczy, Szydło zagraża Morawiecki. A on sam jest w zasadzie niezastępowalny, bo nie ma innej twarzy nowoczesnego PiS. Bezpieczeństwo Morawieckiemu daje też odległy horyzont jego planu, on nie musi teraz niczego, jak to się mówi, „dowieść”.

Zdaniem rozmówcy POLITYKI z obozu władzy los Szydło zależy właśnie od relacji z Morawieckim. Inny polityk dodaje, że Szydło utrzyma stanowisko do pierwszego poważniejszego kryzysu. Sygnałem ostrzegawczym była sprawa podwyżek dla polityków; PiS znienacka złożył projekt ustawy, po gwałtownych reakcjach tabloidów go wycofał, złożył drugi – już nieuwzględniający posłów – i znów go wycofał. Oba niepopularne projekty powstały w rządzie, ale zostały zgłoszone jako poselskie, by przyspieszyć proces legislacyjny. – Posłowie są wściekli na rząd, zwłaszcza ci, którzy podpisali się pod projektem, a o niczym nie wiedzieli. Podpisy zbiera się bowiem u nas in blanco i nie wiadomo, jaką ustawę popieramy – opowiada posłanka PiS.

Kto mógłby zastąpić Szydło?

Wygląda na to, że Kaczyński zaczął rozważać powtórkę z Marcinkiewicza. – Sytuacja międzynarodowa po Brexicie się tak skomplikowała, że może skłonić Kaczyńskiego do wejścia do rządu – uważa jeden z polityków prawicy.

Kaczyński jako premier traciłby jednak możliwość manewru. – Prezes lubi mieć w rewolwerze kilka pocisków, gdyby wszedł teraz do rządu, wystrzeliłby ostatni – żartuje polityk rządowy. Dlatego w spekulacjach wracają nazwiska Morawieckiego i Piotra Glińskiego. Większość naszych rozmówców sądzi, że szybka rekonstrukcja rządu i tak jest przesądzona, choć niekoniecznie z udziałem premier. Ministrowie, zwłaszcza ci, których Kaczyński wprost skrytykował za tworzenie ariergardy, zaczęli robić gwałtowne ruchy.

„MSZ nie próżnuje. Od listopada 2015 r. odwołano 25 ambasadorów, wręczono nominacje 17 nowym” – tak portal wPolityce.pl bronił szefa dyplomacji Witolda Waszczykowskiego. Minister przyspieszył też zmiany personalne w samym ministerstwie.

Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zapowiedział reformę ochrony zdrowia, w tym likwidację NFZ. Szałamacha zaś napisał czuły list do urzędników celnych i skarbówki, w którym pochwalił się uszczelnieniem systemu podatkowego, dziękował za pomoc i przekonywał, że najlepsze dopiero nadchodzi. Jednak atmosfera wokół Szałamachy jest tak napięta, że gdy na Twitterze pojawił się fragment listu, wielu wzięło to za pożegnanie z posadą.

Można się też spodziewać odejścia ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, który według źródeł POLITYKI, do dymisji podał się jeszcze przed wakacjami.

Słabną notowania minister edukacji Anny Zalewskiej. – Ale wątpliwe, by ktoś chciał ją zastąpić w trakcie likwidacji gimnazjów, co prawie na pewno skończy się chaosem – uważa polityk z otoczenia Kaczyńskiego.

Wezwania prezesa do przyspieszenia odświeżają pogłoski o rekonstrukcji i zmuszają ministrów do gwałtownych ruchów. W rządzie zaczęło się robić nerwowo; jeden z czołowych polityków PiS pytany o sytuację odparł: „Nic nie powiem, bobym się musiał wkurzyć, a nie chcę się wkurzać”.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną