Kraj

Alkoholik zwiał z odwyku

„Naszyzm” łączy Polaków

Apoteoza naszości, bez względu na sens, ostatnimi czasy ujawnia się szczególnie intensywnie. Apoteoza naszości, bez względu na sens, ostatnimi czasy ujawnia się szczególnie intensywnie. Tytus Żmijewski / PAP
Naszyzm to określenie dla politycznej ideologii, która idealnie wpasowała się w mentalność i społeczne odruchy znacznej części Polaków. W jednym zdaniu najcelniej charakteryzuje ją cytat z piosenki Donatana i Cleo „My Słowianie”: „To, co nasze jest, najlepsze jest, bo nasze jest (To!)”.
Leszek JażdżewskiKrzysztof Żuczkowski/Forum Leszek Jażdżewski

Naszyzm to w dawnym znaczeniu popieranie naszych zawsze i wszędzie – zareagował na mój wpis na Twitterze Paweł Wroński. W Polsce, niezależnie, czy chodziło o III RP, PRL czy dwudziestolecie, zasada ta przejawiała się w rodzinno-koleżeńskim systemie samopomocy; nie obowiązywały tu granice partyjne czy ideologiczne. Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza! – tak parodiował, a raczej lapidarnie podsumowywał ten polityczny dyskurs w „Dniu świra” Marek Koterski. Różnica między starym a nowym naszyzmem polega na tym, że we współczesnej Polsce kategorię naszych rozciągnięto na specyficznie definiowany naród, a zasadę zawsze i wszędzie zastosowano także do przeszłości. Ta ideologia, podnosząca klanowość do rangi doktryny politycznej, okazała się pasować do naszej mentalności jak ulał.

Naszyzm to ideologia

Naszyzm można by uznać za wyjątkowy polski wkład w globalny obieg idei, gdyby nie to, że, parafrazując „Manifest komunistyczny”, „Widmo naszyzmu krąży po Europie”, a nawet nad USA, nie mówiąc już o Turcji czy Rosji. W naszystowskiej międzynarodówce (choć to sprzeczność w założeniu) rej wodzi Władimir Putin, za nim Recep Tayyip Erdoğan, Viktor Orbán, w kolejce ustawiają się Norbert Hofer, Donald Trump, Marine Le Pen, Geert Wilders i wielu innych.

Rosyjski demokratyczny polityk Siergiej Juszenkow charakteryzował rosyjską odmianę naszyzmu w rozmowie z Wacławem Radziwinowiczem następująco: „to przekonanie, że dobre jest tylko to, co nasze, rosyjskie – nasza historia, nasza tradycja. Choć w istocie nie znają tej historii i tradycji. To nie wiedza, lecz instynktowne przywiązanie do wspólnoty, w imię której trzeba bić nie-Słowian i rozprawiać się z myślącymi inaczej. Tak myśli i młody bojówkarz, i oficer, który powinien go powstrzymać”. Niewiele później Juszenkowa zastrzelono na ulicy w Moskwie.

Encyklopedyczna definicja naszyzmu nie istnieje. Na potrzeby tego tekstu można przyjąć, że naszyzm to ideologia, w której centralną rolę odgrywa rozróżnienie swój–obcy i która posługuje się zmanipulowaną wizją społeczeństwa, historii i narodowej tradycji do osiągania politycznych celów. Już Wyspiański ironizował w „Weselu”: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. Dopóki sprawy tego świata – kryzys finansowy, imigranci, Brexit – nie dotyczą bezpośrednio nas, dopóty nie trzeba się nimi zajmować. Silnie w narodzie zakorzenione przekonania, że to nie nasza sprawa, tylko jakieś brukselskie, liberalne, kosmopolityczne wynalazki, obliczone na ograniczanie naszej suwerenności, w naszyzmie uzyskały placet oficjalnej narodowej doktryny. Ignorancję, brak szerszych zainteresowań światem i tym, jakie miejsce zajmuje w nim Polska, naszyzm z przywary zmienia w cnotę.

Apoteoza naszości, bez względu na sens, ostatnimi czasy ujawnia się szczególnie intensywnie. To choćby stwierdzenie, że nie Polacy (tylko antysemici) palili Żydów w stodole w Jedwabnem. To wzruszenie ramion na wieść o kolejnych uchodźcach, którzy zatonęli w Morzu Śródziemnym. To błysk w oku, kiedy mowa o ludobójstwie Polaków na Wołyniu. To warta Młodzieży Wszechpolskiej na Wawelu podczas Światowych Dni Młodzieży. Oburzenie, że Komisja Europejska wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy, domagając się przestrzegania zasady praworządności w kwestii Trybunału Konstytucyjnego. To bezdyskusyjnie przyjmowana teza o potrzebie repolonizacji mediów i banków (w tym drugim przypadku de facto ich nacjonalizacji). To kościelna kampania wymierzona w gender, ośmieszanie poprawnościowego dyskursu homo i multi-kulti. To tropienie wpływów zagranicznych ośrodków wrogich Polsce „suwerennej”. To utrudnienie zakupu ziemi przez Polaków nierolników tylko po to, żeby powstrzymać przed jej wykupem obcokrajowców (którzy, jak wskazują statystyki MSW, wcale się do tego nie palą). Ten język nie stanowi egzotycznego marginesu życia publicznego. Argument – nasze, czyli lepsze, nasze, czyli niepodlegające krytyce, przeniknął stopniowo do samego centrum debaty.

Naszyzm to duma

Naszyzm to bynajmniej nie prostacki nacjonalizm spod znaku Ruchu Narodowego ani polska wersja faszyzmu, która zapewne marzy się chłopakom z mieczykami Chrobrego. Naszyzmu nie można zredukować do poparcia czy to dla Ruchu Kukiza, czy PiS. Wiele z jego haseł opiera się na wartościach bliskich sercom Polaków, nie tylko tych o prawicowych przekonaniach. Naszyzm to wolność – do bycia takimi, jakimi jesteśmy. Naszyzm to suwerenność – Polska musi decydować sama o sobie. Naszyzm to duma – z heroicznej historii wyjątkowego narodu. Naszyzm to lojalność wobec swoich – przekonanie, że nasze wartości stoją najwyżej. Naszyzm to walka przede wszystkim z komuną, która zniszczyła, zwłaszcza moralnie, Polskę, i z elitami, które rozkradły i zaprzedały nominalnie już wolną III RP międzynarodowemu kapitałowi. Naszyzm to ciągłość historii i teraźniejszości jako zmagania się z zewnętrzną opresją, której wysługiwał się „wewnętrzny wróg”. Opresją ubeków torturujących żołnierzy wyklętych, esbeków, którzy zwalczali niepodległościowe podziemie, ale dogadali się w Magdalence z „koncesjonowaną opozycją” i którzy narzucili potem Polsce transformację i pedagogikę wstydu, z których ciągnęli, póki się dało, materialne i moralne korzyści. Ta opresja przyjmuje dziś oblicze poprawności politycznej, europropagandy, dyktatu międzynarodowej neoliberalnej finansjery spod znaku Sachsa i jego lokalnego przedstawiciela Balcerowicza czy, jak kto woli, nowego eurosocjalizmu – tak głoszą co bardziej radykalni zwolennicy naszyzmu.

Spójność nie jest silną stroną takiego myślenia: wybiórczo posługuje się tradycją, szuka swoich bohaterów, najczęściej na złość tzw. mainstreamowi. Świetnym przykładem są żołnierze wyklęci – ich skomplikowane choć tragiczne losy i często ciemne karty, z mordowaniem cywilów włącznie, sprawiły, że nikt poza marginalnymi środowiskami nie brał ich na sztandary. Jak znalazł, przydali się do walki z tymi, którzy „relatywizowali komunistyczne zbrodnie”, na przykład zawierając porozumienie przy Okrągłym Stole.

Ideologowie naszyzmu bez mainstreamu byliby bezrobotni. Sklejona przez nich ideologia to krzywe zwierciadło obaw obozu lewicowo-liberalnego z czasów transformacji. To chichot historii, bo mainstream, szczególnie we wczesnych latach 90., egzorcyzmował gdzie się dało demony nacjonalizmu. Żył z nimi, można powiedzieć, w ścisłej symbiozie.

Naszyzm to terapia

Świat wyobrażeń ideologów naszyzmu jest czysto reakcyjny, to rekwizyty z salonu odrzuconych. Nada się wszystko, co kiedykolwiek wyklęła „Gazeta Wyborcza”, czego nie zaaprobował Adam Michnik. Sprawę ułatwia fakt, że naszyzm nie zna pojęcia obciachu. Można dać na okładce prawicowego tygodnika Antoniego Macierewicza w przebraniu husarza, który lancą przebija „niewiernego”, twierdzić, że wejście do NATO Polska zawdzięcza Kaczyńskim i Olszewskiemu, wystawiać peerelowskiego prokuratora do walki z Trybunałem Konstytucyjnym, twierdzić, że „poległ” oznacza to samo co „zginął”, ubrać na okładce Terlikowskiego i Pospieszalskiego w futurystyczne pancerze z hasłem: „Polska kontra homoimperium”. Naszyzm pozbawiony jest świadomości przekraczania granic autoparodii, a ewentualne sprzeczności (jak np. umiarkowanie heroiczna przeszłość wielu bohaterów prawicy) schodzą na drugi plan wobec wspólnego mainstreamowego wroga. Choć jak pokazuje casus TVP – do czasu.

Naszyzm oferuje prawdziwe wyzwolenie od terapii, jakiej poddawaliśmy się przez ostatnich 25 lat. Ideologiczny software transformacji wymuszał dostosowanie do europejskich standardów, apelował do ambicji, często na wyrost, bo polski hardware, ukształtowany w innych czasach do innych zadań, po prostu nie dawał rady. Teraz jesteśmy jak alkoholik, który nareszcie zwiał z odwyku. Jesteśmy w ciągu. Upajamy się sami sobą.

Naszyzm to balsam na nasze najgłębsze kompleksy i fobie, które wcześniej tłumione i zwalczane budziły nieprawdopodobną frustrację. Żydzi nas kiwali, a teraz szantażują Holocaustem; muzułmanie tylko patrzą, jak tu nas wysadzić, a przy okazji zgwałcić; Zachód to tchórze, a poza tym zawsze nas zdradzali. Tym głęboko zakorzenionym resentymentom wreszcie bez poczucia wstydu możemy dać upust. Tak jak disco polo, pogardzane i wyśmiewane, rozpowszechniało się w równoległym obiegu poza muzycznym mainstreamem, a dziś gości w klubach i na juwenaliach, tak emocje, na których bazuje naszyzm, szukały ujścia – aż znalazły, w politycznym i medialnym świecie prawicy. Naszyzm otworzył im bramy do władzy nad Polską.

Dopóki zachłystywaliśmy się Zachodem, sprowadzając z niego jakże wytęsknione dobra, budując, jakże nieudolne, wersje tamtejszych szklanych domów, ale instalując też zachodnie instytucje i reguły, wyrosłe na gruncie innej tradycji i kultury politycznej, własne odmienne skłonności skrywaliśmy głęboko w podświadomości. Po wejściu do Unii i po kryzysie, który podkopał europejskie fundamenty, nareszcie mogliśmy dokonać coming outu. Skrzętnie skrywana Polska wyszła z szafy. I właśnie przegląda się w lustrze. Dla wielu jest to widok bardzo ponury. Inni dopiero w tym odbiciu się rozpoznają.

***

Leszek Jażdżewski – politolog, publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Liberté!”, jeden z założycieli łódzkiego intelektualnego salonu 6 dzielnica. Autor bloga Moja polityka (jazdzewski.blog.polityka.pl)

Polityka 35.2016 (3074) z dnia 23.08.2016; Polityka; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Alkoholik zwiał z odwyku"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną