Schetyny sposób na PiS

Szukanie kija
Głośna deklaracja Grzegorza Schetyny, że chce przesunąć Platformę Obywatelską na prawo, rozpoczęła dyskusję, z jakiego kierunku ideowego można najskuteczniej pokonać PiS.
Czy Schetyna wygra konkurs na głównego pogromcę PiS?
Andrzej Hulimka/Reporter

Czy Schetyna wygra konkurs na głównego pogromcę PiS?

Rozumowanie Schetyny wydaje się następujące: społeczeństwo przesuwa się – zwłaszcza kulturowo – na prawo, zatem polityczne centrum, jeśli chce nim pozostać, także musi się przemieścić.
Krystian Maj/Forum

Rozumowanie Schetyny wydaje się następujące: społeczeństwo przesuwa się – zwłaszcza kulturowo – na prawo, zatem polityczne centrum, jeśli chce nim pozostać, także musi się przemieścić.

Sławomir Nitras uważany jest za przeciwnika Schetyny wewnątrz partii.
Artur Kubasik/Forum

Sławomir Nitras uważany jest za przeciwnika Schetyny wewnątrz partii.

audio

AudioPolityka Mariusz Janicki Wiesław Władyka - Szukanie kija

Dzisiaj rzadko używa się w polskiej polityce, także w nazwach partii, tradycyjnych ideologicznych określeń. A jeszcze w latach 90. było zupełnie inaczej: roiło się od chadecji, partii socjalistycznych, stronnictw konserwatywnych, konserwatywno-ludowych, liberalnych, republikańskich. To wszystko zmieniło się po 2000 r., kiedy polityka, także na skutek rozpoczęcia dotowania partii z budżetu państwa, poddała się trendom marketingowym i nabrała cech wodzowskich. Pojawiły się ugrupowania, których nazwy niewiele albo nic już nie mówiły o ideowym kierunku: Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, potem Ruch Palikota, ostatnio Nowoczesna, Partia Razem, Kukiz’15. Mają to być teraz szerokie platformy nastawione głównie na wybory, zgarniające możliwie najwięcej sympatyków. Nawet podział na prawicę i lewicę, jak twierdzi wielu politologów, zaciera się na rzecz innego rozróżnienia: na politykę otwartą i zamkniętą. Ksenofobiczna, populistyczna, wroga wobec zewnętrznego świata może być także lewica, a nowoczesna i progresywna – prawica, na co jest wiele europejskich przykładów. Polityczny konflikt w Polsce też doskonale lokuje się w tym nowym podziale.

Kiedy więc nagle Grzegorz Schetyna powiedział, że Platforma ma być „liberalno-konserwatywna, z chadeckim przekazem”, trochę powiało przeszłością, podobnie jak przed dwoma laty, gdy Donald Tusk, jeszcze jako premier, stwierdził na łamach POLITYKI, że powoli staje się socjaldemokratą. Schetyna swoją deklaracją wyznaczył kierunek, z jakiego jego zdaniem można najskuteczniej i najłatwiej zaatakować partię rządzącą – to nie jest na pewno trop lewicowy. Gdyby Polacy rzeczywiście chcieli zapobiec zaostrzeniu przepisów aborcyjnych, pragnęli związków partnerskich, refundacji in vitro, zmniejszenia wpływów Kościoła, PiS nie dostałby pełni władzy. Widocznie to nie jest dla ludzi aż tak ważne, a głosy w tej sprawie znanych, głośnych medialnie postaci nie przekładają się na realne poparcie wyborcze. Jeśli lewica chce realizacji swoich postulatów, niech sama stanie się realną, wpływową siłą, a nie oczekuje od innych spełnienia tych oczekiwań – dochodzi z Platformy. Jakby na potwierdzenie Adrian Zandberg, lider Partii Razem, właśnie zarzucił Platformie, że jej radni w kilku miastach zablokowali samorządowe programy refundacji procedury in vitro.

Wyborcy do kupienia

Rozumowanie Schetyny wydaje się następujące: społeczeństwo przesuwa się – zwłaszcza kulturowo – na prawo, zatem polityczne centrum, jeśli chce nim pozostać, także musi się przemieścić. Dlatego Platforma powinna się odsunąć od lewej strony, zwłaszcza od lewicy obyczajowej i kulturowej. Po przesunięciu na prawo opozycja znajdzie się bliżej wyborców PiS, łatwiej więc będzie ich wyłuskiwać. Z pozycji centrolewicowej byłoby to niemożliwe, bo za daleko. W mediach i elitach podział na PiS i anty-PiS jest jednoznaczny, dwubiegunowy, ale w społecznej masie jest wiele stref szarych, z mniejszą emocją, wieloma niekonsekwencjami, i tam zamierza odławiać zwolenników lider PO.

Paradoks, z jakim musi się mierzyć Schetyna, polega na tym, że chociaż, jak pokazują badania CBOS, wśród dzisiejszych zwolenników Platforma ma nieco więcej tych określających się jako lewicowi niż prawicowych, to w całości polskiego elektoratu prawicowcy znacznie przeważają nad lewicą (42 proc. do 17 proc.). Duży zasób jest więc głównie po prawej stronie, nie lewej.

Faktem jest, że wybory parlamentarne PiS wygrał dzięki temu, że do swoich żelaznych ok. 30 proc. dorzucił dzięki socjalnym obietnicom dodatkowe 8 proc. i to mu dało pełnię władzy w kraju. Schetyna najwyraźniej myśli o podebraniu PiS tej nadwyżki, jako wyborców okazyjnych, niezwiązanych z partią Kaczyńskiego trwałymi więziami. Zauważył to z pewnym niepokojem Jarosław Gowin, którego ugrupowaniu Polska Razem jest może najbliżej do tego liberalno-konserwatywnego modelu, i skomentował: „uważam koncepcje Schetyny za poważne wyzwanie dla nas, polityków zjednoczonej prawicy. Powinniśmy zastanowić się, jak przywiązać tych umiarkowanych wyborców na trwałe do nas”. W Platformie słychać, że 500 plus w końcu się opatrzy, stanie czymś, co daje państwo, a nie PiS. I ci okazyjni wyborcy będą znowu do kupienia, tylko trzeba wymyślić równie dobrą obietnicę jak 500 plus.

Problem w tym, że PO nie ma na razie tych żelaznych 30 proc. sympatyków, które miał PiS. Żeby dołożyć, trzeba mieć do czego. Ale tu ma właśnie zadziałać efekt „nowego centrum”. Skoro PiS tak się spodobał, to widocznie oprócz cech odstręczających ma także jakieś przyciągające. Wyraźnie widać, że recepta Schetyny na pokonanie dzisiejszej władzy polega na odcedzeniu tych propozycji PiS, które się podobają – symboliki narodowej, tożsamościowej, pewnej swojskości i przaśności, nacisku na dumę i patriotyzm, bliższe związki z Kościołem, także „terenowym” – od politycznego awanturnictwa, antydemokratycznych i antyeuropejskich ekscesów. Stąd od razu pojawiły się zarzuty, że Schetyna chce pokonać PiS za pomocą „PiS-bis” i jest to odrażające.

W strategii Schetyny są racjonalne elementy. Ostatnie wybory pokazały, że przy pewnej demobilizacji wielkich metropolii rośnie znaczenie mniejszych miast i wsi, gdzie zawsze silny był PiS. To prawda, że Platforma może za bardzo skupiła się na elektoracie wielkomiejskim, przyzwyczajona, że kilkusettysięczne i milionowe aglomeracje wygrywały wybory w 2007 i 2011 r. Ale też zbyt nagłe porzucenie tego elektoratu, mówienie, że „wybory wygrywa się w Końskich, a nie w Wilanowie”, może mieć taki skutek, iż nowych wyborców Platforma nie pozyska, a dawnych sobie ostatecznie zrazi. Zwłaszcza że słychać u Schetyny charakterystyczny ton, obecny kiedyś także u Donalda Tuska – że antypisowi wyborcy i tak nie mają dokąd pójść, więc zagłosują na PO. Ostatnie wybory pokazały, że jednak mają dokąd uciec: choćby do Nowoczesnej, Kukiza albo do domu, w absencję.

Ale Schetyna pokazuje dobre samopoczucie. Po etapie porządkowania wewnętrznego PO, mówił w wywiadzie, nadejdzie etap walki o władzę w kraju, najpierw w wyborach samorządowych, później w parlamentarnych. Nie ulega wątpliwości – zapewniał – że Platforma pokona konkurencję z opozycji, osiągnie notowania wysoko ponad dzisiejszy stan. Ewentualną koalicję przeciwko rządzącym może nawet zawrze, ale po pierwsze – tuż przed wyborami, jeśli będzie polityczna konieczność, a po drugie – z pozycji naturalnego i niekwestionowanego lidera. Być może szef Platformy dostrzega podstawową słabość dzisiejszej opozycji, czyli fakt, że chociaż anty-PiS ma arytmetyczną większość – skoro PiS ma trzydzieści kilka procent – nie przekłada się to na realną polityczną dominację. Przełom może nastąpić wtedy, kiedy jedna konkretna partia – a nie jakieś przyszłościowe i niepewne sojusze – zacznie doganiać PiS. Ma to być Platforma. Przewaga PO nad Nowoczesną, widoczna w ostatnich sondażach, może dowodzić, że nadzieje Schetyny mają pewne podstawy.

Ryzykowna gra

Pojawiło się sporo głosów aprobaty dla manewru przewodniczącego Platformy. Publicysta „Rzeczpospolitej” Michał Szułdrzyński w sumie zgadza się z analizą Schetyny, a nawet ją wzmacnia dodatkowymi argumentami. Że PiS w wielu sprawach nie realizuje „prawicowej agendy”, że ze swoją rewolucją może zrażać dużą część wyborców konserwatywnych. „Jeśli więc Schetyna liczy, że rozpychając się po stronie konserwatywnej, może stać się alternatywą dla zawiedzionego PiS wyborcy umiarkowanego, może mieć rację”. Podobnie myśli Rafał Chwedoruk, politolog, który wręcz mówi, że Schetyna nie miał wyboru, że mógł pójść tylko w stronę chadecji. „Polityka w Polsce przesunęła się w prawą stronę i paradoksalnie w lewo w kwestiach gospodarczych”. A chadecja historycznie zawsze była konserwatywna w kwestiach światopoglądowych, a w gospodarczych była socjalna. Pozostawanie na pozycjach liberalno-lewicowych, zdaniem profesora, oznaczałoby skazanie się przez PO na niszę.

Więcej było jednak głosów krytycznych, często płynących z samej Platformy, jak choćby Sławomira Nitrasa, uważanego za przeciwnika Schetyny wewnątrz partii i za bliskiego współpracownika Ewy Kopacz. Poseł wyraził zdziwienie, że taka ważna deklaracja polityczna co do zmian w działaniach PO pada z zaskoczenia, nie została poprzedzona żadną debatą, jakimś zbiorowym namysłem. Podkreślał w udzielonym wywiadzie, że żadne manewry partii nie są potrzebne, że jest ona w sposób naturalny i oczywisty w centrum, tyle tylko, że powinna w zdecydowanie większym stopniu pracować nad „projektem” przy pomocy wielu wybitnych osobowości i wielu różnorodnych środowisk. Była to czasami mniej lub bardziej zakamuflowana krytyka działań Grzegorza Schetyny jako szefa PO.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną