Kraj

Rok przed wyrokiem

Nauczyciele przed nową rewolucją

Zagrożone są etaty ponad 30 tys. nauczycieli gimnazjów, a wypowiedzenia otrzyma 7,5 tys. ich dyrektorów. Zagrożone są etaty ponad 30 tys. nauczycieli gimnazjów, a wypowiedzenia otrzyma 7,5 tys. ich dyrektorów. Bobbie Osborne / Getty Images
Trudno uwierzyć, że kiedyś ludzie wybierali pracę nauczyciela w przekonaniu, że zapewnia stabilizację. Właśnie nadchodzi kolejna rewolucja. Można powiedzieć, jak w dawnym dowcipie – wraca nowe.
Na nieustający proces prawnego formatowania szkół nałożyły się procesy demograficzne. Dzieci – czyli uczniów – ubywa.Daniel Dmitriew/Forum Na nieustający proces prawnego formatowania szkół nałożyły się procesy demograficzne. Dzieci – czyli uczniów – ubywa.
Zmiany w szkole muszą się zacząć od zmiany kształcenia nauczycieli.Roydee/Getty Images Zmiany w szkole muszą się zacząć od zmiany kształcenia nauczycieli.

Artykuł w wersji audio

W tym zawodzie życie przypomina słaby film akcji. Nie sposób połapać się w wątkach, nadążyć za fabułą, zrozumieć, o co właściwie chodzi. Co i rusz zmieniane zasady, zawiłość przepisów, cofanie i odsuwanie zapowiadanych reform – nauczyciele są tym znużeni od lat. W ostatnich tygodniach ów stan osiąga poziom ekstremum. Bo w oświacie szykuje się kolejne nowe otwarcie, szczególnie szerokie. Przywróci strukturę szkół sprzed 17 lat – bez gimnazjów, z 8-letnimi podstawówkami i 4-letnimi liceami, przebuduje programy (np. przy współpracy IPN), przeformułuje egzaminy.

Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty oceniło, że zmiany zrodzą obciążający setki samorządów, miliony uczniów, rodziców i pół miliona nauczycieli problem wielkiej reorganizacji sieci szkół. Bez uzasadnienia. Bez analiz, jak mogłoby to poprawić jakość edukacji. Za to z uzasadnionym podejrzeniem, że w całej operacji chodzi o przejęcie politycznej kontroli nad programami kształcenia i nauczycielską kadrą.

Związek Nauczycielstwa Polskiego ukonkretnił koszty tego zamętu: zagrożone są etaty ponad 30 tys. nauczycieli gimnazjów, a wypowiedzenia otrzyma 7,5 tys. ich dyrektorów. Zatrudnienie stracą też tysiące pracowników obsługi – sekretarek, woźnych, kucharek. Wreszcie – coś trzeba będzie zrobić z budynkami tych szkół, w które włożono ponad 130 mld zł.

Tydzień przed 1 września minister edukacji Anna Zalewska skierowała do pracowników oświaty list. Zapewniała, że nie ma zagrożenia zwolnieniami w związku z reformą. „Zwolnienia będą wynikały tylko i wyłącznie z niżu demograficznego” – precyzowała na konferencji prasowej, choć dwa miesiące wcześniej, ogłaszając zarys reform, twierdziła, że to właśnie „uratowanie potencjału polskiej edukacji (szkół, budynków i nauczycieli) w obliczu katastrofalnego niżu demograficznego” jest celem planowanej zmiany.

Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ Solidarność wybrała ucieczkę do przodu: uznała za pilne negocjacje w sprawie uprawnień do wcześniejszych emerytur dla nauczycieli bez względu na wiek i programu rekompensat finansowych dla dobrowolnie odchodzących z zawodu. ZNP, Społeczne Towarzystwo Oświatowe, Obywatele dla Edukacji i inne branżowe ngosy, powołały koalicję „NIE dla chaosu w szkole”. Ma nie tylko krytykować, lecz także zaproponować plan zmian w polskiej szkole, alternatywny wobec rządowego, który ma zostać przedstawiony w połowie września. Sęk w tym, że wielu pedagogów nie ma już siły nawet tego wszystkiego wypatrywać. Jest tylko niepewność, obawa i zastanawianie się nad sposobem uratowania posady.

Trzy zmiany prawa na rok

Polonistka (20 lat stażu w zawodzie). Chciała być Panią od Muzyki, pracować z dziećmi – chętniej z tymi starszymi, prowadzić orkiestry, chóry. Gdy była na trzecim roku w Wyższej Szkole Pedagogicznej, specjalność wychowanie muzyczne, reforma oświatowa wymiotła muzykę ze szkół średnich. Zatrudniła się w podstawówce. Prędko jednak reforma i tam okroiła muzykę. To dlatego została polonistką – zrobiła podyplomówkę, żeby utrzymać się w pracy, z polskiego godzin jest dużo. Potem skończyła jeszcze trzysemestralny angielski, metodykę wczesnego nauczania.

Dyrektor ją namówił, bo na wsi, tak jak u nich, anglistów dla klas 1–3 ciągle jest za mało. Ale pogubili się z dyrektorem w przepisach – okazało się, że aby uczyć maluchy, powinna mieć także trzy semestry edukacji wczesnoszkolnej.

Polonistka powiedziała „dość” – dla dodatkowych 3–4 godzin w kolejną podyplomówkę nie zainwestuje: – W świetle najnowszej reformy jednak za trzy lata stracę zatrudnienie. Pracuję w zespole szkół, w klasach od czwartej do szóstej. Druga polonistka uczy dziś w gimnazjum. Po reformie potrzebna będzie tylko jedna z nas. Zostanie ta druga, bo była zatrudniona wcześniej i jest magistrem filologii polskiej. Ministerialne pocieszenia, że będzie praca w liceum, tylko Polonistkę drażnią: – Organem prowadzącym nasze szkoły jest gmina. Licea prowadzi powiat. Mają dość swoich nauczycieli, którym muszą dać pracę.

Biolożka (9 lat stażu w szkole) podobne rozważania prowadzi na gorącej linii z koleżankami przez ostatnie wakacyjne tygodnie. Od września wraca po macierzyńskim do publicznego zespołu, gimnazjum plus liceum, w średniej wielkości mieście wojewódzkim. Na wejściu czeka na nią tylko 16 z 18 pełnoetatowych godzin. I już wie, że przy wygaszaniu gimnazjów z każdym rokiem będzie miała tych godzin mniej, aż do 2–3 w liceum, w wersji optymistycznej.

Edukacyjny maraton reformatorski ruszył na przełomie wieków, choć już wcześniej wyrastać zaczęły niepubliczne podstawówki i licea. W 1999 r. w następstwie tzw. czterech wielkich reform gminom przekazano do prowadzenia podstawówki i systemowe novum – gimnazja, a powiatom – szkoły ponadgimnazjalne, dawniej średnie. Już wtedy protestowano, że to tak naprawdę falstart na nieprzygotowanym gruncie, bez jasnej wizji przebiegu trasy i zarysu mety na horyzoncie. Ustawodawcy wprowadzili też egzaminy zewnętrzne – sprawdzian dla szóstoklasistów, egzamin gimnazjalny i nową maturę, z założeniem, że nauczyciele nie powinni oceniać efektów własnej pracy. Maturę w nowej formule, która miała ruszyć w 2002 r., przesunięto jednak o trzy lata.

Według kolejnej z najważniejszych planowanych zmian 6-latki miały zaczynać naukę w pierwszej klasie. Społeczne protesty sprawiały, że i to było z roku na rok odsuwane. Stopniowo zmieniała się podstawa programowa, najpierw w przedszkolach, potem w pierwszych klasach szkół podstawowych i gimnazjów, a wreszcie – we wszystkich pozostałych. Ostatecznie rząd Beaty Szydło anulował pomysł obniżenia wieku obowiązku szkolnego do 6 lat.

Wyrastały jeszcze dziesiątki innych, bardziej szczegółowych zmian i zmian tych zmian. Ustawa o systemie oświaty, uchwalona w 1991 r., przez 25 lat była nowelizowana ponad 70 razy – średnio po trzy rocznie.

Pięć sprawozdań z teatrzyku

Na nieustający proces prawnego formatowania szkół nałożyły się procesy demograficzne. Dzieci – czyli uczniów – ubywa. W roku szkolnym 2014/15 w podstawówkach było ich niecałe 2,3 mln, o pół miliona mniej niż w 2003/04. W gimnazjach – milion, też ponad pół miliona mniej niż 11 lat wcześniej. W liceach ogólnokształcących – 500 tys., o 200 tys. mniej. Nauczycieli ubywa znacznie wolniej, od lat ich liczba oscyluje wokół pół miliona.

Samorządy dostają subwencję z budżetu na utrzymanie szkół na podstawie liczby uczniów, a dzielić środki muszą między zatrudnianych nauczycieli. W poszukiwaniu oszczędności zamykają więc mniejsze szkoły, próbując gromadzić jak najwięcej uczniów w tych większych. Między rokiem 2003/04 a 2014/15 na wsiach ubyło 1,7 tys. podstawówek. Alternatywa to przekazywanie szkół stowarzyszeniom, które mogą zatrudniać nauczycieli na swobodniejszych zasadach niż to jest w szkołach publicznych. Na ubywanie uczniów w reformie nie ma recepty.

W ministerialnych wypowiedziach pojawiają się dziś obietnice, że dobra zmiana ukruszy biurokrację i zmniejszy „papierologię”. – Nie rozumiem, jaki mechanizm miałby to umożliwiać, ale te akurat zapewnienia na pewno dobrze trafiają w nastroje środowiska – przyznaje Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Z badania IBE „Czas pracy nauczycieli” wynika co prawda, że tworzenie dokumentacji zajmuje średnio ledwie trzy godziny tygodniowo. Jednak w rozmowach poza protokołem przeciętny nauczyciel właśnie o niekończącym się wypełnianiu ryz papierów wyraża się niepedagogicznie.

Na przykład Polonistka (i Pani od Muzyki). Zrobiła z uczniami teatrzyk – dzieci są szczęśliwe, udało się. Pani zasiada do sprawozdawczości. Opisuje teatrzyk w dokumencie zwanym raport z ewaluacji (ewaluacja oznacza proces gromadzenia, opracowywania i komunikowania informacji na temat wartości przypisywanej działaniom podejmowanym w szkole, obowiązkowy mocą rozporządzeń ostatnich lat) i uzasadnia, w jaki sposób teatrzyk przyczynił się na przykład do promocji szkoły w środowisku lokalnym. Następnie opisuje podjęte działania w sprawozdaniu z planów profilaktyczno-wychowawczych, w informacji o pracy nauczyciela, a wreszcie w tabelkach potrzebnych do awansu zawodowego. Nie może przekleić akapitów, bo każdy dokument ma inną formę. A występy artystyczne organizuje ciągle.

Gdy opisałam wszystko w kilku zdaniach, okazało się, że jest źle, bo trzeba uzupełnić efekty realizacji. Myślałam, że jeśli prowadzę chór, to efekty realizacji są oczywiste – wzdycha nauczycielka.

Monitorowanie podstawy programowej świadomie markuje. W komórki tabeli z obszarami tej podstawy powinna długopisem wpisywać numery lekcji, na których realizowała odpowiednie zadania. Wprowadza jednak liczby jak w kolekturze Lotto, na chybił trafił. Gdyby chciała to robić rzetelnie, z dziennikiem, tygodniowo traciłaby kilka godzin. A nikt nie jest w stanie tego sprawdzić. I w każdym momencie – uważa Polonistka – można by było to wszystko wyrzucić, bez szkody dla szkoły, uczniów i programu.

Z prestiżem i ze strachem

Informatyk (7 lat stażu): – Najbardziej męczy mnie poczucie bezsensu działań. U Informatyka, na prowincji, w zespole podstawówka plus gimnazjum, rady pedagogiczne są raz na 2–3 tygodnie. Rzadko trwają krócej niż cztery godziny.

Przelewamy z pustego w próżne, czytamy na głos dokumenty, które wcześniej produkujemy. Informatykiem szczególnie wstrząsnął przebieg ewaluacji zewnętrznej: – Przez tydzień siedzieliśmy do godz. 2122 i wypełnialiśmy ankiety przy współpracy pań ewaluatorek. Panie mówiły nam, co wpisywać, żeby właściwie wyglądało.

Paradoksalnie, gdy z nauczycielem usiąść nad kawą, by swobodnie policytować się na trudy życia, nauczyciel bardzo późno (o ile w ogóle) dojdzie do narzekań na uczniów. Jeśli już – utyskuje na poziom szkoły. Matematyczka (16 lat przy tablicy, duże miasto): – Uczę w technikum mechanicznym, mój przedmiot plus fizyka to podstawa. A tabunami przychodzą uczniowie z wynikami 1012 proc. na egzaminie gimnazjalnym. Wcale nie chcą się u nas uczyć, ale nie dostaną się do dobrych liceów. Nie możemy ich zostawić na drugi rok, nie możemy wyrzucić ze szkoły, bo jak nie będzie uczniów, to nie będzie pracy.

Matematyczka liczyła, że właśnie dla szkół takich jak jej reforma przyniesie coś dobrego, choćby egzamin wstępny, a publiczne zaproszenie od minister edukacji do wspólnej debaty nad dobrą zmianą w edukacji – podobnie jak spora część pedagogów – odebrała jako dowartościowanie. Tym większe jest ich rozgoryczenie. Tak zasadnicza zmiana jak likwidacja gimnazjów ogłoszona została tuż po zakończeniu roku szkolnego, choć wcześniej zebrali tysiące podpisów pod petycją przeciw tej zmianie. Zrozumieli przekaz: żeby „nie szumieli po pokojach nauczycielskich”. Polonistka ocenia, że w tej branży nie ma szans na większy strajk, solidarność w środowisku jest słaba. – Zwłaszcza na wsiach wciąż działają przedpotopowe relacje – jest wszechwładny wójt, podlizujący się dyrektor, i nauczyciel – zastraszony i wykorzystywany – mówi. – 80 proc. kadry to kobiety – a one częściej się boją utraty pracy. Podpiszą wszystko i zrobią wszystko, co im każe dyrektor.

Po lekcjach na kasę

Wśród zapowiedzi Anny Zalewskiej jest i taka, że dobrzy nauczyciele będą zarabiać lepiej. O konkretach nie słychać, ale hasło poszło między ludzi – a współobywateli od dawna drażnią dwumiesięczne wakacje, 18-godzinne pensum przy tablicy, przywileje wpisane w krytykowaną przez niemal wszystkich poza oświatą Kartę Nauczyciela (ustawę sprzed ponad 30 lat, która uderzająco nie przystaje do rzeczywistości), jak choćby płatne urlopy na poratowanie zdrowia.

Po ostatniej podwyżce (w 2012 r.) nauczyciele dyplomowani, czyli najliczniejsza grupa tych na najwyższym szczeblu awansu zawodowego (są jeszcze stażyści, kontraktowi i mianowani), zarabiają 3,1 tys. zł brutto. Do tego różne dodatki – motywacyjne, za wysługę lat oraz za nadgodziny, a także funkcyjne. Dyrektor zarabia od 600 zł do 1,2 tys. zł ekstra do pensji. Dodatkowa godzina płatna ponad pensum to zwykle kilkanaście złotych.

Polonistka z 20-letnim stażem, jako nauczyciel mianowany (od zrobienia ostatniego szczebla awansu przez lata odstręczała ją konieczność wypełniania kolejnej sterty papierów), dostaje z nadgodzinami 2,5 tys. zł na rękę. Nauczycielskie małżeństwo 30–40-latków jest w stanie odłożyć na tani samochód, a nawet dostać kredyt na małe mieszkanie. Początkowa pensja nauczyciela stażysty to jednak 2,2 tys. zł brutto, na rękę ok. 1,6 tys. zł – i nikła szansa na dodatki. A do grafiku usianego radami, wycieczkami i wywiadówkami trudno dopasować inny etat.

Pani od Fizyki w szkole ponadgimnazjalnej zatrudniła się więc w Żabce, prowadzonej przez znajomą – 300 m od szkoły. Początkowo było jej niezręcznie podawać uczniom żołądkową gorzką, ale szybko uznała, że oni przecież są pełnoletni, a w dzisiejszym świecie relacje międzyludzkie nieustannie ulegają redefinicji. Pani od Fizyki ubolewa więc, że przed wakacjami znajoma zmuszona była zamknąć Żabkę. Według zapowiedzi Anny Zalewskiej nauczycielskie staże mają zostać wydłużone – o rok.

Minister obiecała też, że podwyższony będzie budżet na doskonalenie zawodowe nauczycieli – do 1 proc. planowanych środków na wynagrodzenia. Dziś jest to tylko 0,5 proc. Od nauczycielskich wynagrodzeń w wielu gminach wypada więc odliczać samodzielnie ponoszone koszty podyplomówek, dodatkowych studiów (po kilka tysięcy za semestr) czy nawet pomocy naukowych. Przewidziany jest też dodatkowy stopień awansu zawodowego, nauczyciel specjalista – a to dodatkowe wydatki. Finansowe znaczenie tych zmian dla nauczycielskich kieszeni nie zostało na razie wyjaśnione.

Jak wyjść ze szkoły

Eksperci powtarzają chórem, że kto naprawdę chce głębokich i dobrych zmian w polskiej edukacji, musi zacząć od zmiany kształcenia nauczycieli. Od 26 lat nikt nie przemógł się, by to zrealizować. Reforma oświaty w 1999 r. wymusiła pewien intelektualny ferment – dyrektorzy nowo powstających gimnazjów dostali możliwość budowania nowych zespołów. Ich członkowie, rzuceni na głęboką wodę, wypracowali techniki obsługi uczniów w momencie wychowawczo trudnym.

Dziś w małych miejscowościach gimnazja wyrosły często na lokalne ośrodki kultury. Gdy w liceach i technikach trzeba skupiać się na maturze, a w podstawówce opiekować małymi wciąż dziećmi, tam śpiewają dobre chóry, ćwiczą sportowcy, jeździ się na wymiany zagraniczne. To z gimnazjów płynie najwięcej przykładów twórczej nauczycielskiej pracy. Ale to ciągle za mało. Bo młodzi coraz lepiej zdają międzynarodowe testy, masowo zaczynają i kończą studia, ale już na tych studiach, a potem w pracy, okazuje się, że opornie idzie im samodzielne myślenie, a także współpraca, mało w nich elastyczności, intelektualnej i życiowej odwagi. Tego samego brak wielu wychowawcom.

A studia nauczycielskie w dzisiejszym wydaniu są tanie i łatwe w prowadzeniu. MEN odpowiada, że ich program to kompetencja Ministerstwa Nauki. Ministrowie nauki nie palą się, by zakazywać uczelniom otwierania kolejnych. Wydziałów pedagogiki jest dziś w Polsce ok. 200. I wciąż często lądują tam ci kandydaci, którzy gdzie indziej nie daliby rady. Przez ostatnie dwie dekady pedagogów wykształciliśmy ponad milion. Rocznie przybywa ok. 30 tys. nowych, średnia wieku pracujących w zawodzie to 42 lata.

W projektach Anny Zalewskiej nie widać pomysłów na zagospodarowanie gęstniejących tłumów potencjalnych pracowników oświaty. Ale i w poprzednich rządach nikt nie wpadł na to, by tym niemającym szansy na nauczycielskie etaty (albo tracącym je) przedstawiać sensowne propozycje pracy poza szkołą.

Polonistka (20 lat stażu) od października zaczyna studia licencjackie z języka angielskiego. Akurat za trzy lata będzie mogła go uczyć w starszych klasach podstawówki. Taką ma nadzieję, bo nowe przepisy nie są znane. Biolożka (9 lat stażu) ze średniego miasta w przerwach między nerwowym wyliczaniem, na ile lat wystarczy w jej szkole uczniów, przegląda program kursu na kierowcę autobusu. Życie w trasie jest bardziej przewidywalne niż życie pracownika oświaty.

Polityka 36.2016 (3075) z dnia 30.08.2016; Temat tygodnia; s. 14
Oryginalny tytuł tekstu: "Rok przed wyrokiem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dekolonizacja Pacyfiku trwa. Jest nowe nowe państwo

20 lat po zakończeniu wojny domowej Bougainville 98 proc. uczestników referendum opowiedziało się za niepodległością. Na razie jednak trudno być optymistą, co do przyszłości tego niewielkiego kraju.

Dominik Sipiński
11.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną