Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Zalatana premier

Beata Szydło Beata Szydło Radek Pietruszka / PAP

Rządowe kolumny sieją popłoch na polskich drogach. Wojskowe casy swoje kosztują, a jeszcze trzeba naginać procedury. A wszystko po to, aby premier Szydło mogła spędzić weekend z bliskimi. Może lepiej, aby na czas pełnienia funkcji jej dom był w Warszawie?

Nie dalej jak miesiąc temu prawicowy portal wPolityce.pl demaskował „szokujące przykłady rozpasania i nieliczenia się z publicznymi pieniędzmi” w Trybunale Konstytucyjnym. Polegać one miały na tym, że na przestrzeni czterech lat wydano 55 tys. zł na pożegnalne kolacje dla siedmiu sędziów, którym kończyły się kadencje. Ów „szokujący” news został natychmiast podchwycony przez propagandę obozu władzy w ramach akcji zohydzania TK.

Skoro takie to było rozpasanie, to jak w takim razie nazwać ujawnione w ubiegłym tygodniu szczegóły weekendowych wypadów Beaty Szydło do domu? Mniej więcej tyle, ile sędziowie przejedli w siedem lat, pani premier wylatuje wojskową casą każdego tygodnia – licząc koszty samego przelotu w obie strony (35 tys. zł) oraz towarzyszące podróży dodatkowe wydatki (w tym kolacje).

Sejmowa debata nad informacją rządu o wykorzystywaniu przez prezydenta i premier „wojskowych samolotów CASA do celów prywatnych” nie przyniosła konkluzji. Rząd tłumaczył, że sięganie po casę wynika z budżetowej troski. Lot z Warszawy do Krakowa i z powrotem kosztuje bowiem tyle, ile godzina lotu cywilnego embraera, z którego przez siedem lat z równą intensywnością jak dziś Szydło korzystał wcześniej Donald Tusk. Opozycja nie bez racji odpowiadała, że to tłumaczenia bałamutne: może i casa lata taniej, ale za stojące w hangarach leasingowane przez rząd embraery i tak trzeba Lotowi płacić.

Polityka 9.2017 (3100) z dnia 28.02.2017; Ludzie i wydarzenia. Kraj; s. 8
Reklama