Kraj

Czyją własnością jest dziecko? Sprawa noworodka z Białogradu ujawniła szerszy problem

Czyją własnością jest dziecko? Sprawa noworodka z Białogradu ujawniła szerszy problem

W Polsce, szczególnie rządzonej przez prawicę, władza rodzicielska jest „święta”. W Polsce, szczególnie rządzonej przez prawicę, władza rodzicielska jest „święta”. Pixabay
Sprawa noworodka z Białogardu, zabranego przez rodziców ze szpitala bez umycia, zaszczepienia i podania witaminy K, rozwija się dynamicznie.

Najpierw opinia publiczna została poinformowana, że „porwali” dziecko ze szpitala i grozi mu niebezpieczeństwo. Potem: że było zdrowe, jego życie nie było zagrożone, a zabranie ze szpitala było motywowane przekonaniami rodziców na temat leczenia – w tym antyszczepionkowymi. Tak jak wcześniej dominowało oburzenie na rodziców, że działają przeciw dziecku, tak potem w dyskusji pojawił się wątek autonomii wychowawczej rodziców. Dyskutowano też, czy lekarze aby wystarczająco starannie informowali rodziców o zabiegach, jakim ma być poddane dziecko. A były to zabiegi rutynowe, o których zwykle rodziców się szczegółowo nie informuje.

W tym czasie, w trybie pilnym, bez uczestnictwa rodziców, sąd rodzinny ograniczył im prawa do dziecka w zakresie opieki okołoporodowej i wyznaczył do tego kuratora. Rodzice „uciekli” z dzieckiem ze szpitala. Teraz sąd wycofał się z decyzji tymczasowej o ograniczeniu praw rodzicielskich. Za kilka dni ma się odbyć rozprawa. Rodzice zapowiadają, że wystąpią o odszkodowanie od szpitala.

Rzeczywiście, przeżywają ogromny stres, i to tuż po narodzinach dziecka, kiedy matce i dziecku potrzebne są spokój i odpoczynek. Prokuratura wszczęła postępowanie o narażenie zdrowia dziecka, oni zaś ukrywali się z nim przez kilka dni, obawiając się, ze zostanie im odebrane.

Afera, która wybuchła, to wynik ideologicznego sporu. Ścierają się dwa skrajne stanowiska. Pierwsze: że dziecko „należy” do rodziców i mogą z nim robić, co chcą (w szczególności dotyczy to metod wychowawczych i wolności sumienia i wyznania), pod warunkiem, że nie zagraża to bezpośrednio jego życiu i zdrowiu. I drugie: to państwo decyduje, bo „wie lepiej”, co jest dla dziecka dobre, a co złe.

Spór dotyczy też granic autonomii pacjenta. W Polsce, jak w innych krajach Zachodu, obowiązuje zakaz wykonywania jakichkolwiek zabiegów, nawet ratujących życie bez zgody. Jednak lekarze go obchodzą.

Dobro dziecka

Rzeczywistość, z którą mamy do czynienia, sytuuje się gdzieś pośrodku tych stanowisk. Państwo nakłada rozmaite obowiązki, nakazy i zakazy na rodziców/opiekunów: obowiązek szkolny (czasem przedszkolny), szczepienia obowiązkowe (za ich niedopełnienie państwo może nałożyć kary administracyjne), wprowadzony niedawno ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie zakaz kar cielesnych, sankcje karne za znęcanie się psychiczne i fizyczne nad członkiem rodziny, zakaz demoralizacji nieletnich. Naczelną zasadą polskiego prawa rodzinnego i opiekuńczego jest „dobro dziecka”. To, co jest w danym przypadku „dobrem dziecka”, rozstrzyga sąd. Jeśli uzna, że to konieczne – ogranicza lub odbiera prawa rodzicielskie.

Spór dotyczy tego, kiedy ta „konieczność” się pojawia. Jednym wystarczą bieda i złe warunki higieniczne. Innym – fizyczne maltretowanie dziecka czy inne sytuacje bezpośrednio zagrażające jego życiu i poważnie zagrażające zdrowiu. Uważają na przykład, że można bić („karcić”), ale nie powinno się powodować urazów „powyżej siedmiu dni”.

Do tego dochodzą takie sytuacje jak dieta – np. wegetariańska czy wegańska. Nieszczepienie, nauczanie w domu, wychowywanie dziecka w wierze należącej np. do nowych ruchów religijnych. Ale nie tylko: kontrowersje wciąż wzbudzają np. Świadkowie Jehowy i bywa, że sądy przyznają opiekę nad dzieckiem temu z rodziców, który Świadkiem Jehowy nie jest.

W latach 90. i na początku 2000. głośne były próby ograniczenia lub odebrania władzy rodzicielskiej np. matce z Warszawy, która była frutarianką i dzieci karmiła owocami, warzywami i ziarnami nieobrobionymi termicznie. Ale były też procesy z powodu diety wegetariańskiej. I o kontrowersyjne metody wychowawcze. Na przykład pewien ojciec rodziny izolował żonę i dzieci od świata. Nie wychodzili z mieszkania, dzieci nie chodziły do szkoły. Ale zapewnił im naukę, zdawały egzaminy, opracował system ćwiczeń fizycznych, które utrzymywały je w dobrej kondycji. Wszystko to działo się za deklarowaną zgodą całej rodziny. Lekarze nie dopatrzyli się uszczerbku na zdrowiu dzieci – sąd zaniechał próby ich odebrania. Choć można mieć zasadniczą wątpliwość, czy te dzieci kiedykolwiek będą mogły świadomie i swobodnie o sobie decydować, w tym nawiązać normalne kontakty społeczne.

Są też sytuacje podpadające pod kodeks karny, np. znęcanie się fizyczne i psychiczne, pozbawianie wolności. Wciąż, szczególnie na wsiach, zdarzają się przypadki upośledzonych dzieci trzymanych w komórkach czy piwnicach. Zwykle nikt nie ma wątpliwości, gdy odbiera się je rodzicom decyzją sądu. Ale gdy kilka lat temu sąd w Krakowie tymczasowo odebrał dzieci ojcu, który uczył je dyscypliny tak, że moczyły się ze strachu, przywiązywał do budy i odmawiał poddania się terapii rodzinnej – pojawiły się nawet uliczne protesty przeciw naruszaniu władzy rodzicielskiej.

Są kraje – szczególnie skandynawskie – w których państwo narzuca model wychowania nie tylko w szkole, ale i w domu. Służby społeczne kontrolują, czy ten model jest realizowany, a sankcją może być odebranie dziecka rodzicom. W wielu krajach całkowicie nie toleruje się kar fizycznych. W Polsce, choć formalnie kilka lat temu z inicjatywy premiera Tuska kar cielesnych zakazano, panuje przekonanie, że „karcenie” fizyczne jest dopuszczalne. To powoduje, że polscy rodzice mają problemy, żyjąc za granicą.

Święta władza rodzicielska nie taka święta

W Polsce, szczególnie rządzonej przez prawicę, władza rodzicielska jest „święta”. Do tego stopnia, że do wszystkich międzynarodowych konwencji dotyczących dzieci składamy zastrzeżenia, że wykonanie ich postanowień nie może naruszać swobody wychowawczej rodziców.

Ale np. najnowsza reforma oświatowa zawęża swobodę nauczania, wprowadzając sztywne ramy programowe i ograniczając nauczyciela w wyborze podręczników. Narzuca też konkretny światopogląd i mocno dyskusyjną wersję historii. Z kolei w USA państwo zostawia szkoły rodzicom: to oni decydują, czego naucza się dzieci. W niektórych szkołach nie naucza się więc w ogóle teorii ewolucji, zastępując ją Biblią.

Państwo ma dwa sposoby wymuszania na rodzicach dostosowania się do przyjętych oficjalnie standardów: grzywny administracyjne (np. za nieszczepienie dzieci czy nieposyłanie do szkoły) i ograniczenie czy odbieranie praw rodzicielskich. Problemem polskich sądów – podobnie jak większości sądów w Europie – jest nadmierna skłonność do korzystania z tej drugiej możliwości. Dla sędziego umieszczenie dziecka w placówce opiekuńczej jest atrakcyjniejszym rozwiązaniem, bo pozbywa się sprawy. I odpowiedzialności, w razie gdyby dziecku pozostawionemu w rodzinie stała się krzywda. Jeśli stanie się ona w placówce – odpowiada placówka.

Umieszczenie w placówce jest też wygodniejsze dla gminy: jeśli zostanie w domu – pomoc świadczy gmina. Jeśli pójdzie do placówki – to już kłopot państwa.

Sprawy dotyczące fizycznego zdrowia dziecka wydają się prostsze do rozstrzygnięcia niż kwestie wychowawcze. Ale i tu problemem jest znalezienie granicy, od której dziecku grozi niebezpieczeństwo. Czasem państwo reaguje za późno: dwa lata temu zmarło z powodu zagłodzenia niemowlę, które rodzice trzymali na zaleconej przez znachora diecie. Ale odbiera się też dzieci z powodu biedy, zimna, alkoholizmu rodziców czy złych warunków higienicznych. Choć czasem wystarczyłaby pomoc materialna lub – tam, gdzie rodzice są nieudolni – wychowawcza.

W sprawie noworodka z Białogardu chodzi o zdrowie. Państwo ustaliło procedury, które należy wykonać po urodzeniu: umyć, zaszczepić na gruźlicę i zapalenie wątroby typu B, podać profilaktycznie witaminę K, zakroplić do oczu 1-proc. roztwór azotanu srebra dla zabezpieczenia przed rzeżączkowym zapaleniem spojówek. Jednak rodzice nie mają prawnego obowiązku poddać dziecka tym zabiegom. Lekarze za niedopełnienie tych procedur, jeśli wydarzy się coś złego, mogą być ukarani.

To zabiegi profilaktyczne, a nie lecznicze. Umycie zabezpiecza przed infekcją, ale nieumycie nie oznacza, że infekcja będzie. Rzeżączką dziecko może się zarazić tylko od matki, więc jeśli ta była badana w ciąży – jest to dmuchanie na zimne. Podobnie szczepienie na gruźlicę i żółtaczkę. Podanie witaminy K zabezpiecza przed skutkami zbyt niskiej krzepliwości krwi (m.in. wylewem krwi do mózgu). Ale jeśli dziecko nie należy do grupy ryzyka (wcześniaki, dzieci z cesarskiego cięcia, o niskiej wadze urodzeniowej, urodzone w zamartwicy, których matki przyjmują pewne konkretne leki lub mają pewne schorzenia wrodzone), niepodanie witaminy K trudno uznać za poważne zagrożenie dla jego zdrowia.

A więc nie wygląda na to, że rodzice noworodka z Białogardu, zabierając go ze szpitala, spowodowali realne zagrożenie dla jego zdrowia i życia. Dziecko było zdrowe, nie potrzebowało pomocy lekarskiej. Poza tym nie ma przecież obowiązku rodzenia w szpitalu. Ani nawet w asyście położnej. Zatem gdyby dziecko urodziło się w domu, rodzice mieliby jedynie administracyjny obowiązek zarejestrowania go w urzędzie stanu cywilnego. I nikt by nie egzekwował od nich zabiegów profilaktycznych.

W tej sytuacji reakcja sądu rodzinnego, który ograniczył rodzicom prawa rodzicielskie, wygląda na nieproporcjonalnie surową.

Zwykle takie częściowe – w zakresie zdrowia – decyzje sądy podejmują w stosunku do Świadków Jehowy, którym religia zabrania przyjmowania krwi i jej preparatów. Dlatego nie wyrażają zgody na te zabiegi u dziecka, które tego wymagają. Na wniosek lekarzy sądy rutynowo, w trybie pilnym, ograniczały rodzicom prawa na okres wykonania zabiegu. Jednak takie rutynowe postępowanie jest kontrowersyjne, bo zderza się z wolnością sumienia i wyznania. Dlatego zanim sąd zdecyduje o odebraniu rodzicom czasowo prawa do wydawania zgody na zabiegi medyczne, powinien zbadać na przykład, czy leczenie wymagające przetoczenia krwi jest jedynym możliwym w tej sytuacji. Bo niekoniecznie tak jest. A specjalnie w związku ze stanowczą postawą Świadków Jehowy – tych dorosłych, u których dla ratowania zdrowia czy życia potrzebne jest przetoczenie krwi – stworzono rozmaite preparaty zastępujące krew. W części szpitali, na przykład u zmarłego prof. Zbigniewa Religii, stosuje się opracowane na użytek Świadków Jehowy „bezkrwawe” procedury medyczne.

Autonomia pacjenta i testament życia

Historia z noworodkiem z Białogardu to nie tylko kwestia granicy praw rodzicielskich. To także sprawa podmiotowości pacjenta, która wyraża się w zasadzie „uświadomionej zgody”. Świadoma zgoda pacjenta to jeden z filarów etyki lekarskiej. Gwarantują ją konwencje bioetyczne (w tym Konwencja Rady Europy z Oviedo, którą Polska podpisała w 1997 roku i której do dziś nie ratyfikowała). Gwarantuje ją konstytucja, art., 39: „Nikt nie może być poddany eksperymentom naukowym, w tym medycznym, bez dobrowolnie wyrażonej zgody”. Autonomia pacjenta wynika też z konstytucyjnej zasady ochrony przyrodzonej godności i z prawa do prywatności.

W przypadku dziecka, a szczególnie dziecka niezdolnego do wyrażenia zgody, o wszelkich zabiegach medycznych decydują rodzice. Chyba że sąd rodzinny ograniczy lub odbierze im władzę rodzicielską.

Bez zgody pacjenta lub jego prawnego opiekuna nie można wykonać żadnego badania, nawet osłuchania czy zmierzenia ciśnienia. Jeśli stracimy przytomność – decyduje najbliższa rodzina. Lekarz może działać sam tylko wtedy, gdy pacjent jest nieprzytomny, sytuacja jest nagła i nie można się szybko skontaktować z rodziną.

To teoria. W praktyce jest naciągana. Bywa, że lekarze nie godzą się z wolą chorego, który nie zgadza się na amputację zakażonej nogi. Mimo że może to szybko doprowadzić do śmierci. Takiego pacjenta nie można tymczasowo sądownie pozbawić prawa do decydowania o swoim zdrowiu. Ale bywa, że gdy straci przytomność – np. z powodu gorączki – jest operowany, mimo że wcześniej wyrażał sprzeciw.

Lekarze boją się odpowiedzialności za nieudzielenie pomocy. Jeśli pacjent umrze, rodzina – która wcześniej domagała się zabiegu – może ich pozwać, twierdząc na przykład, że chociaż wcześniej nie wyrażał zgody, to w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia zgodziłby się. Ale zdarza się, że podstępnie zoperowany pacjent zaskarży lekarzy o odszkodowanie. I ma pewną wygraną, bo to naruszenie ustawy o zawodzie lekarza, ustawy o prawach pacjenta i lekarskiego kodeksu etycznego. I prawa karnego, art. 192 kk: „Kto wykonuje zabieg leczniczy bez zgody pacjenta, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

W orzecznictwie Sądu Najwyższego można np. znaleźć sprawę, gdzie pacjent z sukcesem pozwał lekarzy o zoperowanie mu przepukliny, którą wykryto przy okazji operacji innego narządu.

Jedną z najbardziej znanych w ostatnich latach spraw było ubezpłodnienie podczas cesarskiego cięcia Wioletty Szwak ze wsi Błota Wielkie. Lekarze twierdzili, że dalsze porody (miała już ok. dziesięcioro dzieci) mogą grozić jej pęknięciem macicy. Podczas procesu sądowego nie potwierdzono, by było to rzeczywiście poważne zagrożenie. Ale decydujące było to, że ubezpłodnienie jest trwałym okaleczeniem i nie można go było wykonać bez zgody pacjentki.

Najwrażliwszym tematem z dziedziny autonomii pacjenta jest tzw. testament życia. Chodzi o to, by człowiek mógł zastrzec, że w razie utraty przytomności nie chce, by wykonywano na nim konkretne zabiegi. Albo w jakikolwiek sposób ratowano mu życie. Najpopularniejsze jest tzw. DNAR, czyli zastrzeżenie na piśmie, że w razie utraty przytomności pacjent nie zgadza się na reanimację i podłączenie do aparatury wspomagającej oddychanie. W krajach Zachodu rutynowo zaznacza się to w ankiecie przy przyjęciu do szpitala. W Polsce trzeba takie oświadczenie składać dodatkowo. A i tak nie ma pewności, czy lekarze – np. pod wpływem rodziny – się do tego zastosują. Z powodu sprzeciwu sumienia lub strachu przed oskarżeniem o nieudzielenie pomocy.

Za pierwszych rządów PO, z inicjatywy Donalda Tuska, przetoczyła się w Polsce dyskusja o potrzebie zagwarantowania prawa do „testamentu życia”. Skończyło się na niczym z powodu oporu polityków prawicy i ruchów „pro-life”, którzy uznali, że to wstęp do legalizacji eutanazji.

Badania postaw lekarskich pokazują, że polscy lekarze są znacznie bardziej paternalistyczni w stosunku do pacjentów niż ich zachodni koledzy. Polski lekarz „wie lepiej” nie tylko o tym, co służy zdrowiu pacjenta, ale też o tym, czego pacjent powinien sobie życzyć. Ale prawo jest po stronie pacjenta, który może żądać odszkodowania czy zadośćuczynienia za zabieg wykonany bez zgody. Tak jak teraz zrobili to rodzice noworodka z Białogardu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną