Piotrowi Szczęsnemu in memoriam
Cóż mamy zrobić z kimś, kto dziś, tu i teraz, działa w duchu bohaterskim albo i chce być bohaterem (nie wolno?), poświęcając życie dla wielkiej sprawy?
Leszek Zych/Polityka

Niechaj każdy robi to, co umie robić najlepiej. Filozof umie rozważać i nic więcej. Dlatego na pamiątkę ofiary życia, złożonej przez Piotra w imieniu wielu, także w moim imieniu, by własną krwią oskarżyć autorytarny rząd, niszczący dorobek ćwierćwiecza polskiej demokracji, skreśliłem tę skromną medytację.

Przypadek Piotra stawia nas w nieoczywistej sytuacji. Budzi w nas sprzeczne uczucia i zawstydza, bo nie znajdujemy łatwego sposobu, aby rozwikłać dysonans emocjonalny i moralny, w który nas wprowadza. Jest przez to wyjątkowy i wymaga czujnego i szczerego przemyślenia. A nie jest to łatwe, zwłaszcza że w sferze publicznych norm i wartości panuje dziś pewien nieład, właściwy okresom przejściowym.

W moralności publicznej zaszły bowiem ostatnio wielkie zmiany. Niebywały wzrost autorytetu medycyny i wartości przypisywanej ratowaniu i przedłużaniu życia przez lekarzy, a w większym jeszcze stopniu demokratyczny pacyfizm oraz ruch na rzecz praw człowieka, wyrastający z traum wojen światowych i wojny wietnamskiej, uczyniły przemoc złem absolutnym, zaś unikanie przemocy, wraz z jej najbardziej radykalną konsekwencją – śmiercią człowieka – bezwzględnym nakazem. Afirmacja życia i jego przedłużania, spotykając się z radykalną niezgodą na śmierć, dały nam w rezultacie nową, nieznaną wcześniej normę: śmierci unikaj za wszelką cenę i nie życz jej nikomu.

Kto mówi „tak” śmierci (nawet swojej), przywołuje jej złowrogie widmo, sprowadzając poczucie zagrożenia na całą odrzucającą śmierć wspólnotę. I chociaż szacunek dla ludzkiej autonomii oraz nakaz współczucia definitywnie odebrał nam niekwestionowane do niedawna prawo do potępiania samobójców, to już solidaryzowanie się z czyimś samobójstwem uchodzi za wspólnictwo i naruszenie zakazu afirmacji śmierci. Tylko samobójca uzyskuje do niej prawo, gdyż płaci za nie cenę własnego życia. Od śmierci uciekamy bowiem tak płochliwie, że zostawiamy samobójcę z jego strasznym czynem, nie ważąc się go oceniać. Metafizyczny lęk, emocjonalna niedojrzałość i zwykła obłuda pracują pospołu na rzecz wypierania kwestii śmierci z publicznego życia moralnego. Lękliwy szacunek dla umierającego i dla zmarłych zastępuje odważną i mądrą konfrontację ze śmiercią jako kondycją ludzką. Pod tym względem uczyniliśmy krok wstecz w stosunku do naszych przodków.

Norma negowania śmierci objawia swą siłę zobowiązującą w różnych obszarach. Przyczyniła się do rozwoju intensywnej terapii, rozprawiła się z karą śmierci, sprowadziła niesławę na zemstę jako pobudkę działania, niemniej jednak na niektórych polach wciąż napotyka opór dawniejszej, ustępującej już, aczkolwiek wciąż jeszcze wpływowej formacji etycznej. Jednym z tych pól jest sfera heroiczna, czyli walka zbrojna bądź cywilna, podejmowana w imię najwyższych celów społecznych, takich jak wolność i niepodległość. Nadal czcimy bohaterów i męczenników – zabijających i zabijanych – a więc w jakiś sposób afirmujemy ich śmierć. Radzi jesteśmy, że umarli.

I tak katolicy nadal myślą, że dobrze, iż Jezus umarł na krzyżu i że nie spełniło się życzenie tych, którzy w sądzie życzyli mu, aby nie został skazany na śmierć. Nie mówią: „lepiej, żeby był nie umarł”. Cywile z szacunkiem odnoszą się do ofiar kampanii wrześniowej i nie mówią „życie jest najważniejsze – lepiej by uczynili, gdyby zdezerterowali”. Wszystko to jednak odnosi się do przeszłości, gdy jeszcze afirmacja śmierci nikogo nie raziła, a etos bohaterski i męczeński był nienaruszony. Cóż jednak mamy zrobić z kimś, kto dziś, tu i teraz, działa w duchu bohaterskim albo i chce być bohaterem (nie wolno?), poświęcając życie dla wielkiej sprawy? A tym bardziej dla średniej miary sprawy, w tym może i sprawy, która jest ważna dla niego, a dla innych błaha bądź żadna? Czy mamy go winić, że igra swoim życiem albo podsyca ten rodzaj wrażliwości moralnej, która w naszych czasach już wygasa, jakby rzucając wyzwanie nowej zasadzie afirmacji życia? Mamy mieć żal do Piotra S.?

Ci, którzy lekceważą jego sprawę, lekceważą też jego osobę i jego czyn. Inni mogą uważać, że dokonując samospalenia w proteście przeciwko rządom PiS, zachował się w sposób przesadny i egzaltowany, niemniej jednak przez delikatność trzeba powstrzymać się od wyrażania takich opinii. Ktoś może też uznać jego czyn za szalony, a tym samym odebrać mu walor moralny, odrzeć i z chwały, i z winy. To ostatnie wydaje się szczególnie przewrotne i okrutne, zwłaszcza w obliczu protekcjonalnego, fałszem podszytego zatroskania, z jakim najczęściej traktuje się osoby chore psychicznie.

Takie to możliwości otwierają się przed każdym, kto ma ten komfort, że nie solidaryzuje się z osobą Piotra, a jego czyn nie wzbudza w nim podziwu. Gdy jednak jest odwrotnie – a sądzę, że wrażliwemu moralnie i politycznie świadomemu człowiekowi to przystoi – wtedy trzeba zmierzyć się ze sprzecznością uczuć moralnych i konfuzją emocji. Sprzyjać Piotrowi to sprzyjać jego projektowi, a więc chcieć – tak jak on sam – jego śmierci, a jednocześnie jej nie chcieć, bo nie życzymy śmierci nikomu, a zwłaszcza nikomu, kogo cenimy i szanujemy.

Czy dobrze, że umarł, czy lepiej, by żył nadal? Widząc sens w jego śmierci, a więc jakoś ją tym samym afirmując, bynajmniej nie będziemy się nią cieszyć.

Można czuć żałobę z powodu śmierci Jezusa albo Piotra, a jednocześnie być im wdzięcznym właśnie dlatego, że umarli. W życiu moralnym, tak jak w sferze uczuć, nie ma konsekwencji. Rozterki i niepewność są źródłem moralności i losem wrażliwych. Piotr z Niepołomic raz jeszcze nam o tym przypomniał.

***

Wybór najciekawszych felietonów Jana Hartmana już 22 listopada w książce „Zwierz Alpuhary”. Tylko z tygodnikiem POLITYKA.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną