Kapłani smoleńskiej religii

Mit wyciszony będzie trwał
Rozmowa z prof. Wojciechem Bursztą, antropologiem i kulturoznawcą, o religii smoleńskiej jako politycznym narzędziu.
Wizualizacja pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej, autorstwa Jerzego Kaliny, który stanie na placu Piłsudskiego w Warszawie.
Damian Burzykowski/Newspix.pl

Wizualizacja pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej, autorstwa Jerzego Kaliny, który stanie na placu Piłsudskiego w Warszawie.

Kwiaty i znicze przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, 10 kwietnia 2010 r.
Masti/Wikipedia

Kwiaty i znicze przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, 10 kwietnia 2010 r.

Prof. dr hab. Wojciech Burszta
Krzysztof Żuczkowski/Forum

Prof. dr hab. Wojciech Burszta

audio

AudioPolityka Joanna Podgórska - Mit wyciszony będzie trwał

JOANNA PODGÓRSKA: – Lech Kaczyński, święty męczennik religii smoleńskiej, uhonorowany na wszelkie możliwe sposoby. Zdrajca Tusk daleko, w Brukseli. Dowodów na zamach brak. A ostatnio jeszcze główny kapłan smoleńskiego kultu odsunięty na margines. Mit się wypala?
WOJCIECH BURSZTA: – Nie. W sposób naturalny przygasa ten odłam, który nazywany jest religią polityczną. Ale tylko przygasa. Niby niewiele się w tej sferze dzieje, smoleńska opowieść została wyciszona, nie pojawiają się w niej nowe wątki, ale prawdziwym sprawdzianem będzie 10 kwietnia i odsłonięcie pomnika. Pytanie, na ile dziś, po 8 latach, uda się odtworzyć ryt założycielski religii smoleńskiej. Na ile da się reaktywować ten mityczny moment – atmosferę Krakowskiego Przedmieścia z czasu żałoby, ideologizację krzyża, te wszystkie zjawiska po tylekroć już opisywane, które miały niezwykły wpływ na to, co się w Polsce w następnych latach działo. Na pewno nie można mówić, że to koniec.

Kwietniowa „procesja” miesięcznicowa ma być ostatnia.
Zobaczymy, co będzie w zamian. Religia smoleńska ma charakter czysto rytualny, doprowadzony do krańcowej postaci – skonwencjonalizowania od strony języka, gestów, zachowań, organizowania przestrzeni. Wydawałoby się, że pod tym względem już nic nowego nie da się wymyślić, skoro nie ma nowych podniet do tego, by transformować pierwotny mit. Ale smoleńscy kapłani na pewno będą próbowali coś nowego zaproponować.

Można było odnieść wrażenie, że taką próbą była atmosfera histerycznej niemal religijności, która towarzyszyła zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy na prezydenta. To się rozmyło.
Bo ta semantyka jest pusta. Podobnie było w przypadku pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, który miał nawiązywać do najsłynniejszych pogrzebów narodowych bohaterów. To się nie udało. Grób Lecha Kaczyńskiego nie stał się miejscem masowych pielgrzymek patriotycznych. Głównie ze względu na dość ograniczony potencjał uświęconej postaci. Nie da się jej przypisać walorów heroicznych. Lech Kaczyński nie zasłynął z wielkich mów czy pism, nie wsławił się czynami bohaterskimi, znaczącymi dla historii Polski.

Dla mitu smoleńskiego najważniejsze było to, co działo się w 2010 r. do września, czyli do momentu usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. To było apogeum. Wtedy się wszystko wydarzyło. Stała się nowa Polska. Niebawem ukaże się bardzo ważna książka „Od rytuału do konfliktu. Mediatyzacja żałoby smoleńskiej” dr. Jacka Dziekana. Opisuje, jak krótki moment prawdziwej żałoby ponad podziałami przekształcił się w spektakl medialno-polityczny i wreszcie konflikt, powodujący bardzo głęboką polaryzację społeczną.

Tego, co się potem stało, nie da się zrozumieć bez odwołania do tamtych momentów. Wtedy wybuchła symbolika martyrologiczno-narodowa, która obecna jest do dziś w działaniach partii rządzącej. Ta symbolika ma dotyczyć jednak tylko części narodu; tych, którzy wpisują się w opowieść uzupełnianą sukcesywnie i na wiele sposobów. Weźmy to, co dzieje się w kształtowaniu nowych podstaw programowych historii i języka polskiego, nazewnictwie ulic, „wymazywaniu” Wałęsy, Michnika i Kuronia jako postaci kluczowych dla współczesności, odbieraniu stopni wojskowych, długo by wymieniać. Religia smoleńska jest fragmentem szerszej inżynierii społecznej, próbą cofnięcia nas do wyobrażonej wspólnoty, która w istocie jest wspólnotą uświęconą narodowo i religijnie. Te dwa pierwiastki mają się do końca zlać w jedno wyobrażenie.

Czy tu spod spodu nie prześwituje kompleks polski? Nie zabija się prezydentów nieważnych państw. My jesteśmy ważni, a zatem to musiał być zamach.
Oczywiście, że tak. Nie bez kozery używam pojęcia mitu, bo od początku to wydarzenie i późniejsze próby jego wyjaśniania przez podkomisję smoleńską mają charakter mityczny. Katastrofę przedstawiano jako drugi Katyń, mord smoleński. To kolejny element polskości, jako kultury bezustannie atakowanej, która cudem tylko istnieje. My, Polacy, istniejemy cudem. Smoleńsk opowiada nam o szerszej całości; o naszych dziejach, pamięci, wartościach, nieskażonym charakterze polskości. Elementy tej całości wyobrażonej nazywa się narodowymi exempla virtutis, cegiełkami wartości. To dziś widać bardzo dobrze, gdy próbuje się budować nową narrację choćby o relacjach polsko-żydowskich podczas II wojny światowej. Religia smoleńska jest w wyciszeniu, ale jednocześnie na podorędziu i wypłynie znowu w tej czy innej postaci.

A jak antropolog kultury w kontekście religii smoleńskiej odczytuje masowe ekshumacje ofiar? To grzebanie w trumnach ma przecież czysto symboliczny charakter. Kolejna próba ożywienia mitu?
W naszej kulturze, która przecież bardzo wolno oswaja się z pochówkiem w formie kremacji, bardzo ważna jest integralność zwłok. Według tradycyjnego wyobrażenia śmierci i świętości ciała jest bardzo istotne, by w grobie nie znalazł się nikt obcy; ani jeden fragment obcego. Przecież znaczna część rodzin dała przyzwolenie na te ekshumacje, wręcz ich żądała. Z ich subiektywnej perspektywy to jest ważne.

Możemy myśleć inaczej. Ja nawet potrafiłbym dostrzec piękno w tym, że w grobie ofiary jest jakiś element ciała współtowarzysza czy współtowarzyszki tego samego losu. Ale dla większości najważniejsza jest ta integralność – nasz grób, nasz zmarły, nikogo obcego. A politycy cynicznie to wykorzystują. Z góry było wiadomo, że ekshumacje nic nie dadzą, poza stwierdzeniem, że błędy przy pochówkach się zdarzały, jak zwykle w przypadku takich katastrof. Interes polityczny wymagał, by podtrzymywać płomień walki z poprzednią władzą, którą można było oskarżyć o profanację zwłok. Takie argumenty oddziałują na wyobraźnię.

Zestawmy dwa obrazy. Rozmodlona grupa ludzi pod krzyżem przy Pałacu Prezydenckim, celebrujących własne wykluczenie, mijana przez kolorowy, rozbawiony tłum. I Krakowskie Przedmieście wygrodzone metalowymi barierkami, tysiące policjantów i przedstawiciele najwyższych władz w procesji za Jarosławem Kaczyńskim. Może są dwie religie smoleńskie: kult ludowy i kult państwowy?
Kult ludowy na początku był z całą pewnością spontaniczny. A potem media odegrały swoją rolę. Preludium był film Jana Pospieszalskiego i Ewy Stankiewicz „Solidarni 2010”, będący zapisem rozmów Polaków podczas żałoby na Krakowskim Przedmieściu. To on stworzył matrycę konfliktu, który potem został wykorzystany politycznie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną