Kraj

Ostatni rozdział

Czym zajmuje się Anna Maria Anders

Anna Maria Anders Anna Maria Anders Maciej Zienkiewicz / Forum
Senator Anną Marią Anders media zainteresowały się niedawno. Głośno było o jej kosztownych podróżach i lotach klasą biznes. A czym tak naprawdę zajmuje się córka słynnego generała?
Anna Maria z ojcem i matką Ireną, Londyn, lata 60.Archiwum Karlicki/EAST NEWS Anna Maria z ojcem i matką Ireną, Londyn, lata 60.
Anna Maria Anders przy wozie opancerzonym, noszącym nazwisko jej ojca.Ministerstwo Obrony Narodowej/Wikipedia Anna Maria Anders przy wozie opancerzonym, noszącym nazwisko jej ojca.

Artykuł w wersji audio

Anna Maria Anders wyznała niedawno w „Super Expressie”, że ma poczucie ogromnej niesprawiedliwości. „Przykre, że politycy, w tym liderzy opozycji, którzy doskonale rozumieją, co robię, poszli w czysty populizm”. Chodzi o te 611 tys. zł, które od 2016 r., odkąd została pełnomocniczką rządu do spraw dialogu międzynarodowego, poszło z budżetu na jej służbowe podróże. Próbowała gasić ten pożar benzyną, wyjaśniając, że ze względu na wiek (ma 67 lat) nie będzie latać klasą ekonomiczną. Lubi pracować w samolocie, obkłada się papierami, potrzebuje sporo miejsca i spokoju.

Media spekulowały, że wylatała publiczne pieniądze na podróże do domu, do Bostonu, a posłowie zaczęli zasypywać Kancelarię Premiera interpelacjami: co załatwiła? Z kim się spotkała? Po co to wszystko? – Ona nie ma świadomości, że Polacy to nie Amerykanie i taka kasa robi na nas wrażenie, a polski senator nie ma takiego poważania jak amerykański – mówi jeden z senatorów PiS.

Podobno również prezes Kaczyński, na którego ochronę partia wydaje 135 tys. zł miesięcznie (!), polecił ukrócić te ponad ponadprzeciętne wydatki na dialog Anny Marii Anders. Ją bardziej niż te ataki irytuje to, że PiS jej nie broni. Pod koniec kwietnia na Walny Zjazd Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej do Bostonu też poleciała klasą biznes, ale za swoje pieniądze. Szef KPRM Michał Dworczyk nie chciał kupić jej biletów, bo choć jako sekretarz stanu w KPRM była tam służbowo, to jednak za blisko domu. – Może to i jest trochę populistyczne, ale po co znów tabloidy mają się rozpisywać, że lata do siebie za nasze – słyszymy w KPRM. No właśnie, gdzie Anna Maria Anders jest u siebie?

Nawet jej samej trudno powiedzieć. 8 lat temu w POLITYCE przyznała, że kiedy gra Polska z Anglią, to ma kłopot, komu kibicować, tak samo kiedy Anglicy grają przeciwko Amerykanom: „Nigdy nie czuję się stuprocentowo u siebie”. Choć została ministrem i często bywa w Polsce, to nie kupiła tu mieszkania. Wciąż wynajmuje sypialnię z salonem w hotelu prezydenckim przy Klonowej. W książce wydanej trzy lata temu, zatytułowanej jej imieniem z dopiskiem „Córka generała i piosenkarki”, napisała: „Moje życie tak się ułożyło, że stałam się osobą – jeżeli tak można powiedzieć – międzynarodową”.

Obywatelka trzech państw

Anna Maria Anders ma paszport brytyjski, amerykański i od 2014 r. polski dowód osobisty. Urodziła się w Londynie jako druga córka z drugiego małżeństwa generała Władysława Andersa. Legendarny dowódca nie miał prostego życia uczuciowego. Z pierwszą żoną, również Ireną, rozstał się w czasie wojny. Związał się z artystką teatrzyku II Korpusu o pseudonimie Renata Bogdańska (naprawdę Irena Jarosewycz). To ona pierwsza wykonywała „Czerwone maki na Monte Cassino”. Generał odbił małżonkę swojemu podwładnemu Gwidonowi Boruckiemu i w atmosferze skandalu sam w 1948 r. wziął z nią ślub.

Anna Maria Anders o istnieniu swojego przyrodniego rodzeństwa, o siostrze Annie (była prawie równolatką jej matki) i bracie Jerzym, dowiedziała się dopiero jako nastolatka. Druga żona generała śpiewała w Ognisku Polskim na Kensington. We wspomnianej już rozmowie z POLITYKĄ Anna Maria opowiadała, że to był „elitarny klub, do którego przychodzili znajomi oficerowie oraz kłócąca się często emigracyjna elita polityczna”. Matka śpiewała ze sceny, ojciec grał w karty. Skamandryta na wygnaniu Marian Hemar powiedział o niej: „córka szansonistki i karciarza”. To dzięki rodzicom mówi po polsku, choć z brytyjskim akcentem, bo w rodzinnym domu przy Brondesbury Park w Londynie mówiło się tylko tak.

We wspomnieniach przyznaje, że kiedy była małą dziewczynką, to ona – brzydkie kaczątko – była zazdrosna o piękną matkę. W jej ministerialnym gabinecie wisi portret Ireny Anders, ściągnięty z Instytutu Teatralnego w Warszawie. Rzeczywiście była przepiękna. Kiedy szły w gości, matka nalegała, żeby zakładały takie same sukienki, tylko że córka wyglądała w nich o wiele gorzej. W książce Anna Maria przyznaje, że z charakteru jest bardziej podobna do ojca, który w przeciwieństwie do matki sam podejmował decyzje, a ona musiała się ze wszystkimi naradzać.

O ojcu: „byłam wręcz nieprzytomna na jego punkcie. (...) Odszedł za wcześnie, abym jako córka zrozumiała, kim był i czego dokonał”. Kiedy generał umierał, ona miała zaledwie 20 lat, zaczynała studia. W dzieciństwie marzyła, by zostać baletnicą. Skończyła romanistykę na uniwersytecie w Bristolu, ma dyplom MBA z ekonomii. Pierwsze pieniądze zarobiła u Harrodsa, w dziale mody męskiej. Pracowała też w agendach prasowych ONZ w Paryżu, przez kilka miesięcy dla UNESCO. Jak wspomina, zachwyciła się pracą w paryskim przedstawicielstwie koncernu naftowego z Kuwejtu. Była asystentką prezesa i przez pięć lat ciągle jeździła po świecie.

Skomplikowane relacje

Anna Maria tylko w polskich dokumentach występuje jako Anders. W tych zagranicznych posługuje się nazwiskiem Costa. Męża poznała podczas uroczystości z okazji 40-lecia bitwy pod Monte Cassino. Amerykański pułkownik Robert Costa w latach 80. pełnił funkcję attaché obrony w Rzymie i w Monachium. Dwa lata po pierwszym spotkaniu, w 1986 r., wzięli ślub. O 20 lat młodsza żona towarzyszyła mu na placówkach. Po zakończeniu służby Costa zatrudnił się Raytheonie, w jednym z największych koncernów zbrojeniowych świata. Ona razem z nim.

Dopiero w wieku 43 lat zdecydowała się na macierzyństwo. Ich syn – noszący imię ojca i dziadka – Robert Wladyslaw Costa – niewiele rozumie po polsku. Jest wojskowym, trzy lata był w Iraku. Anna Maria, odkąd została pełnomocnikiem rządu PiS, widziała się z synem cztery razy, więc nie jest prawdą, że „za nasze” latała do Bostonu do Roberta. On jest skoszarowany 1400 km od rodzinnego domu, jest artylerzystą. W ministerialnym gabinecie dumnie prezentuje się zdjęcie syna w mundurze. W 2007 r. Anna Maria została wdową, pułkownik Costa zmarł na raka. Ona żyje z emerytury swojej i męża. Trzy lata później zmarła jej matka. Ich relacje były raczej skomplikowane.

Maria Nurowska napisała niedawno, że dużo wie o Annie Marii z rozmów z jej matką. „Kiedy po wylewie generał leżał obłożnie chory, uciekała z domu, aby nie pomagać matce. Pani Irena sama musiała go dźwigać, bo trzeba było obłożnie chorego umyć, zmienić pościel. (…) Nie była z córką w dobrych stosunkach, gdy ta z mężem przyjeżdżała do Londynu, zatrzymywali się w hotelu”. W książce pt. „Anders” Nurowska cytuje żonę generała: „Moja córka po śmierci męża radziła mi, abym sprzedała dom, wyjechała do Stanów i zaczęła nowe życie. Jak ja bym tak mogła, ja muszę być tutaj i strzec legendy Generała”.

Pytana o to, czy mama nigdy nie myślała, żeby się wynieść z Londynu i zamieszkać bliżej niej, Anna Maria odpowiada: „Nie byłaby szczęśliwa, gdyby była tylko anonimową Mrs. Anders z przedmieścia Bostonu. Bez występów, bez przyjaciół, bez splendoru. I bez tej misji, którą wypełniała. Ona chciała być wśród ludzi, by przypominać im o ojcu”.

W wolnej Polsce

Anna Maria Costa do niedawna mało wiedziała o Polsce i nigdy nie była tu przed 1989 r. Tłumaczy to tym, że rodzice chcieli jej oszczędzić informacji o kraju, w którym imię jej ojca było wyklęte. Pierwszy raz przyjechała do Warszawy w 1991 r., ponad 20 lat po śmierci ojca. Była odcięta od komunistycznej rzeczywistości. W książce wspomni: „moja edukacja o Polsce odbywała się… przy okazji i zdaję sobie z tego sprawę. Tak, mam ogromne luki, jeżeli chodzi o historię Polski. Ciągle się uczę”.

W maju 2011 r., kiedy chowano jej matkę na Monte Cassino, minister Jan Stanisław Ciechanowski powiedział do niej: „Anno, mam nadzieję, że podejmiesz pałeczkę po mamie”. Twierdzi, że to był dla niej impuls. Rok później na zaproszenie Urzędu Kombatantów poleciała do Rosji. Zobaczyła tam mnóstwo grobów z napisem: „żołnierz Armii generała Andersa”, i zrobiło to na niej ogromne wrażenie. „To wtedy zmieniłam się i tak naprawdę zrozumiałam, co ojciec zrobił, czego dokonał”.

To wtedy – jak twierdzi – jej podejście do tego, co związane z generałem, uległo radykalnej zmianie. Stwierdziła, że chce zrobić coś konkretnego. Wtedy poznała ówczesną posłankę PO Ligię Krajewską. – Można powiedzieć, że się zaprzyjaźniłyśmy, wspierałam ją w urzędach, kiedy zmieniała w Polsce nazwisko na Anders. Mój mąż wiedział, że jak Anna Maria jest w Polsce, to mnie praktycznie nie ma w domu – mówi Krajewska. Dodaje, że razem wtedy uznały, że najlepiej będzie, jak córka Andersa będzie się realizować publicznie w Polsce, przez działalność fundacji imienia jej ojca, którą razem powołały na początku 2015 r. Anders była prezesem, jej zastępczynią Krajewska, a w radzie zasiadał Paweł Zalewski, ówczesny europoseł Platformy.

Wtedy bliżej jej było do PO, zresztą i dziś więcej znajomych ma wśród senatorów Platformy niż PiS. Jej matka Irena była członkiem komitetu honorowego Bronisława Komorowskiego w 2010 r., Anna również wspierała jego kampanię. Na początku kampanii w 2015 r. przesłała na ręce Komorowskiego list, w którym wyraziła przekonanie, że to prezydent Komorowski stoi na straży idei, które były bliskie jej ojcu: „Polska musi być wielka i silna – powiedział mój ojciec do swoich żołnierzy w listopadzie 1942 roku. Pan, Panie Prezydencie, mówi to codziennie swoim zaangażowaniem w życie narodu. Życzę Panu, Panie Prezydencie, kolejnych pięciu lat w służbie Ojczyzny”. W POLITYCE w 2010 r. mówiła: „do dzisiaj jestem dość prawicowa. Zawsze głosuję na republikanów, a w Anglii na konserwatystów”.

Wiosną 2015 r. sondowała PO, czy znajdą dla niej miejsce na liście w Warszawie. – Było jasne, że start z PO jest niemożliwy. Oczywiście mogliśmy politycznie wykorzystać jej nazwisko, ale uznaliśmy, że Anna Maria Anders powinna być osobą apolityczną, że w ten sposób najlepiej przysłuży się pamięci swojego ojca. Poza tym wiedzieliśmy, że Anna nie ma pojęcia o polityce – mówi Krajewska.

Dodaje, że była zaszokowana, kiedy z mediów dowiedziała się, że córka generała wystartuje do Senatu z list PiS, a jeszcze bardziej, kiedy zobaczyła ją na obchodach miesięcznicy smoleńskiej u boku Kaczyńskiego. – Ona nie wierzyła w żaden zamach, mówiła, że ta celebracja rocznic to jest groteska – wspomina słowa dawnej koleżanki Krajewska.

Dodaje, że Anders nie poszła do polityki dla pieniędzy, bo tych jej nie brakuje (w USA pracowała jako agentka nieruchomości, tylko na sprzedaży jednego domu potrafiła zarobić 1,5 mln dol.). – W Polsce zobaczyła, że jej ojciec znaczy tu bardzo wiele, a ona lubi błyszczeć, lubi ten blichtr, to, jak ludzie do niej podchodzą z kwiatami – opowiada Krajewska. W książce wynotowała: „Gdy przypomnę sobie, jak serdecznie przyjmują mnie kombatanci ojca, to naprawdę może zakręcić się w głowie”.

Kiedy znajomi z PO zobaczyli skłonność Anders do PiS, zrezygnowali ze współpracy w fundacji. Dziś Fundacja im. Władysława Andersa jest w likwidacji. Córka generała mówiła w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że do PiS przekonał ją Andrzej Duda, bo mówił o potrzebie budowania wspólnoty, o tym, że trzeba dbać o kulturę i historię. W „Super Expressie” tłumaczyła, że ją też straszono PiS, ale kiedy zaczęła bywać w Polsce, „to okazywało się, że jest zupełnie inaczej”.

Kiedy promowała swoją książkę w Brukseli, spotkała się też z Ryszardem Czarneckim (PiS) i tak od słowa do słowa zaproponował jej start do Senatu z Warszawy. Starła się z Barbarą Borys-Damięcką (PO). Na tę warszawską listę głosowała cała Polonia. Anna Maria przegrała mandat niespełna 10 tys. głosów. Zdobyła ich aż 154,7 tys., trzeci wynik w kraju. Prawie cała Polonia na nią zagłosowała.

W styczniu 2016 r. została przewodniczącą Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (na kilka miesięcy, do jej likwidacji), sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnikiem rządu ds. dialogu międzynarodowego. PiS postanowił wystawić ją powtórnie, tym razem w wyborach uzupełniających na Podlasiu, kiedy senator PiS awansował na wojewodę. W kampanii mocno wspierał ją Kaczyński, mówił, że te wybory są sprawdzianem „dobrej zmiany”. PiS trzykrotnie wygrywał tu senatorski mandat. Prezes zachęcał do głosowania na Annę Marię, twierdząc, że jej międzynarodowe kontakty sprawiają, że będzie mogła pomóc tej ziemi, bo jej możliwości „przewyższają możliwości zwykłego senatora”.

Pełnomocniczka do spraw dialogu

W KPRM objęła urząd po śp. prof. Władysławie Bartoszewskim. Nie zapisała się do PiS, nie ma też w tym rządzie takiego poważania, jak miał prof. Bartoszewski za poprzednich rządów. Bo nie bez znaczenia jest miejsce, które wyznaczono jej na gabinet – na parterze, w skrzydle pracowniczym. Wcześniej było tu biuro agencji kosmicznej. Profesor Bartoszewski pracował w pokojach, które dziś zajmują wicepremierzy. – Anna Anders jest ważnym, symbolicznym nabytkiem dla rządu, ale rzeczywiście jej działalność nie jest jakoś szczególnie przez rząd komunikowana – słyszymy w KPRM.

Do czasu, kiedy wyszło na jaw, ile pieniędzy wydano na podróże służbowe minister Anders, jej skromne otoczenie (pracują dla niej 4 osoby) też nieszczególnie dbało o to, aby opinia publiczna wiedziała, czym ona się zajmuje. A nie można jej zarzucić, że nic nie robi. Stanowisko pełnomocnika do spraw dialogu międzynarodowego pozwala jej zarówno na odbywanie oficjalnych spotkań na szczeblu rządowym, jak i na budowanie relacji z biznesem, organizacjami społecznymi i z Polonią. Zajmuje się miękką dyplomacją.

Jak zauważa Marek Świerczyński z POLITYKI INSIGHT, który obserwuje działalność Anders, nie prowadzi ona negocjacji w imieniu rządu, ale bywa pośrednikiem w przekazywaniu ważnych informacji bądź sondowaniu stanowisk stron, zanim do gry wejdą dyplomaci. Do jej obowiązków należy dbanie o wizerunek Polski na arenie międzynarodowej, stałe podtrzymywanie kontaktów z Polonią; inicjowanie działań sprzyjających nawiązywaniu współpracy gospodarczej. To fakt, że Anders ma rozległe kontakty w Waszyngtonie i w Londynie. Jej międzynarodowy sznyt, a także doskonała znajomość języków obcych sprawiają, że pewnie porusza się na salonach.

Kiedy trzech senatorów amerykańskich napisało do polskiego rządu list „o stanie polskiej demokracji”, to ona z racji doskonałych kontaktów odbyła spotkania z dwoma sygnatariuszami listu – z McCainem i Durbinem. To ona – a nie szef MSZ Czaputowicz – udała się do Waszyngtonu na konferencję AIPAC (największa na świecie organizacja lobbująca na rzecz interesów Izraela), gdzie przyjechała prawie połowa Kongresu USA. – Po uchwaleniu noweli ustawy o IPN to właśnie ona pomogła nam złagodzić nieco ten kryzys – mówi polityk PiS. Doprowadziła też do podpisania między Polską a stanem Nevada proklamacji o współpracy gospodarczej i naukowej. Próbuje doprowadzić do podpisania podobnego porozumienia z Georgią. Wyrobione przez lata kontakty, które zawdzięcza też mężowi, dają jej swobodny dostęp do środowisk wojskowych i biznesu zbrojeniowego.

Teraz chce skupić się na łączeniu wybitnych jednostek oraz organizacji za granicą i w kraju, a potem mobilizować ich do wspólnego działania. Bo uważa, że to właśnie dzięki podtrzymywaniu kontaktów z amerykańską diasporą Chiny stały się „fabryką świata”, a Izrael głównym miejscem badań i rozwoju dla wielu międzynarodowych korporacji. Podobno nigdy nie jest zmęczona, ma bardzo dobrą kondycję fizyczną. Czasami można ją spotkać, jak biega Belwederską aż do Wilanowa. Ma też głowę do mocnych trunków, co w miękkiej dyplomacji też nie jest bez znaczenia. To prawda, że również nazwisko Anders, którym posługuje się od kilku lat, otwiera jej wiele drzwi. I ma tego pełną świadomość. „Oczywiście politycznie to bardzo sprytne. Pomyślałam, że jeśli chcę coś ugrać dla kraju w skali międzynarodowej, to łatwiej mi to zrobić jako Anna Maria Anders”.

„Mój tata napisał swoje wspomnienia pod tytułem »Bez ostatniego rozdziału«, ja chciałabym ten rozdział napisać” – deklaruje. Czy uda się jej to pod rządami Jarosława Kaczyńskiego?

Polityka 19.2018 (3159) z dnia 08.05.2018; Temat z okładki; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Ostatni rozdział"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Butelki z benzyną w formacie JPG, czyli sztuka protestu

Od kilkunastu lat chodzę na demonstracje dopominające się o prawa kobiet czy mniejszości. Grzecznie już było – mówi grafik Jarek Kubicki, twórca plakatów, które stały się wizualnymi symbolami obecnego protestu.

Jakub Knera
28.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną