Kraj

Wystarczy nie kraść

„Puls Biznesu” za kolejne publikacje list wstydu powinien otrzymać nagrodę i to nagrodę premiera lub prezesa.

Pamiętne słowa premier Szydło miały oznaczać, że jak tylko złodzieje z Platformy i PSL zostali odsunięci od koryta, to pojawiły się pieniądze na 500+ i inne projekty, które szefowa pokazywała w tajemniczej granatowej teczce, nigdy zresztą nie otwartej, gdyż była pusta. Moim zdaniem wcale nie trzeba kraść, żeby się utuczyć na państwowym wikcie. O to dbają partia i rząd, które lokują swoich ludzi przy żłobie. Wiem, wiem, tak było od zawsze, nie zaprzeczam (patrz niżej), ale nigdy deszcz pieniędzy nie był tak obfity i nie zrosił tylu zwolenników obozu władzy. Parafrazując słowa Churchilla: Nigdy tak niewielu kradło, a tak wielu się bogaciło.

Nieocenione zasługi w demaskowaniu od lat korupcji kolejnych partii rządzących ma Dawid Tokarz z gazety „Puls Biznesu”, z której przytoczę obszerne fragmenty. „Ściągam” dla dobra sprawy, gdyż publikacje PB, owoc mrówczej pracy, zasługują na jak najszerszą popularyzację, której trudno oczekiwać od mediów „publicznych”, zajętych szerzeniem osiągnięć władzy i katechizmu PiS.

W listopadzie 2012 r. PB opublikował listy wstydu PSL i PO, pt. „POstawili na swoich”. Lista wstydu Platformy składała się z ponad 400 nazwisk – przykładów nepotyzmu. „Działacze opozycyjnego wówczas Prawa i Sprawiedliwości chętnie się wówczas powoływali na informacje PB i namiętnie krytykowali rządzącą koalicję. Mariusz Błaszczak obawiał się wręcz, że »takie teksty mogą się w przyszłości nie ukazywać«. Niepotrzebnie. Zaledwie rok po objęciu władzy przez PiS opublikowaliśmy listę 1000 działaczy tej partii, ich rodzin i znajomych żyjących na państwowym garnuszku”. Choć lista była dłuższa niż poprzednie, o komentarz ze strony PiS „było dużo trudniej”.

Ostatnio, 25 lipca 2018 r., PB przyniósł nowy spis, pt. „Państwowy garnuszek tuczy wojewódzkich radnych PiS”. Ładunek publikacji jest wybuchowy, ponieważ Dawid Tokarz podaje suche fakty: województwo, imię, nazwisko samorządowcy, posadka państwowa, wzrost dochodów w ciągu roku. Benedyktyńska praca, ale warto było.

Kilka przykładów z różnych województw. Michał Krzemkowski, zastępca wojewódzkiego komendanta Ochotniczych Hufców Pracy, członek rady nadzorczej TDM Arrtrans, spółki należącej do państwowego Elewarru, zarobki w 2015 r. 7,7 tys. zł, zarobki w 2017 r. 123,8 tys. zł. Wzrost o 1507 proc.!!!

Piotr Zwara w 2015 r. zarobił grosze – 4,4 tys. zł, a w 2017 r. „głównie dzięki fotelowi wiceprezesa spółki Energa-Operator Eksploatacja Elbląg, zarobił 302 tys. złotych”. Wzrost o ponad 6 tys. proc.

Zdzisław Filip, prezes Tauronu Wydobycie i kopalni Nowe Brzeszcze, członek rady nadzorczej Spółki Usług Górniczych (grupa Tauron). Zarobki 2015 r.: 126,7 tys. zł, 2017 r.: 709,2. Wzrost o 459,7 proc.

Krzysztof Skóra, bliski współpracownik prezesa Kaczyńskiego i Adama Lipińskiego (u którego ukrywał się w PRL), jako były już prezes KGHM w 2016 r. zainkasował 1,3 mln zł, a w roku ubiegłym 700 tys. tytułem odprawy.

1507 proc. – tyle nie wyrabiał nawet Wincenty Pstrowski – legendarny przodownik pracy w realnym socjalizmie. Łącznie na liście Tokarza znalazło się 77 spośród 164 radnych PiS najwyższego, wojewódzkiego szczebla, a to nie wszyscy, gdyż kolejni pracują w jednostkach podległych samorządom miejskim czy powiatowym. Chyba ten proceder miał na myśli Andrzej Duda, mówiąc o „dojnej Polsce”. Prawda, Panie Prezydencie? Najlepszy biznes to PiS. W 2015 r. 77 radnych sejmikowych wydoiło łącznie 8,2 mln zł (przeciętnie miesięcznie 8,9 tys. zł), po dobrej zmianie te same osoby zarobiły ponad 20 mln, czyli przeciętnie miesięcznie 22 tys. zł. Skok z 9 tys. do 22 tys. w ciągu roku – czyż to nie jest dobra zmiana? Któż z nas pogardziłby taką sumą? W ciągu dwóch lat łączne zarobki radnych PiS wzrosły prawie o 150 proc. W ciągu dwóch lat 77 radnych wydoiło „na państwowym” prawie 27 mln zł. Dobry udój, dobra zmiana.

Zdarza się – pisze Tokarz – że rajcowie PiS zajmują ciekawe, czasem tworzone specjalnie dla nich stanowiska. I tak np. Krzysztof Ciebiada, bliski współpracownik Janiny Goss, od której pieniądze pożyczał sam Jarosław Kaczyński, został „koordynatorem do spraw sprzedaży energii samorządom”.

Kariery i zarobki tych ludzi przekraczają naszą wyobraźnię. Mateusz Morawiecki, który na wejściu do rządu „stracił” miliony, jest raczej rzadkim wyjątkiem. Pozostali tuczą się na państwowym. Wystarczy nie kraść – mówi pani Szydło. Ja bym dodał: po co kraść i popełniać przestępstwo, skoro można łatwo, przyjemnie i legalnie doić w państwowej oborze? „Wystarczy być”. Wystarczy być radnym PiS, nie gonić za pieniędzmi, bo pieniądze idą do władzy.

Partie opozycyjne, gdyby miały jaja, powinny Tokarza całować po rękach i obwozić jego listę po kraju. Dziwi tylko prawie całkowity brak dojących kobiet na liście (mniej niż 10 proc.). Kiedy trzeba było doić krowy, potrzebne były dojarki, ale dojenie pieniędzy to zadanie dla lepszego sortu, czyli dla mężczyzn.

W początku lipca prezes Kaczyński postanowił ukrócić ten dobrze przecież sobie znany proceder. Osoby pracujące w spółkach Skarbu Państwa nie będą kandydować z listy partii rządzącej w wyborach samorządowych. Szybko okazało się, pisze Tokarz, że realizacja tej zapowiedzi musiałaby wywołać niezadowolenie i opór, dlatego władze partii zastanawiają się, jak „rozmiękczyć” deklarację prezesa. Jednym z pomysłów jest ograniczenie jej działania tylko do tych działaczy PiS, którzy doją w spółkach powyżej 15 tys. zł.

„Puls Biznesu” za kolejne publikacje list wstydu powinien otrzymać nagrodę i to nagrodę premiera lub prezesa. Warto chwilę pomyśleć, jak ważną rolę odgrywają niezależne media, które są solą w oku władzy. Kto by te dane zebrał i ogłosił, gdyby nie niezależne pismo i to w dodatku wydawane przez korporację zagraniczną? Polskie Radio? TVP? „Sieci”? Śmiech w oborze.

Polityka 33.2018 (3173) z dnia 13.08.2018; Felietony; s. 94
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną