Kraj

Młodzi, o co chodzi?

Pokolenie JA

Młodzi, którym rządy PiS się nie podobają, a jednak pójdą głosować, zapewne pokażą tej partii w następnych wyborach czerwoną kartkę. Młodzi, którym rządy PiS się nie podobają, a jednak pójdą głosować, zapewne pokażą tej partii w następnych wyborach czerwoną kartkę. Igor Morski / Polityka
Co z tego, że nie popierają PiS. Rzeczywistość, jaką zafundowały im poprzednie ekipy, także im nie odpowiadała. Czują się oszukani i nie identyfikują się z opozycją – ani parlamentarną, ani tą spoza Sejmu.
Jedyny na razie protest, który odniósł sukces, to czarny marsz, po którym prezes Kaczyński przestraszył się parasolek.Jerzy Dudek/Forum Jedyny na razie protest, który odniósł sukces, to czarny marsz, po którym prezes Kaczyński przestraszył się parasolek.
Prawdopodobnie polscy młodzi przyłączyliby się do Indignados czy Occupy Wall Street. Bo czują się oszukani i wykorzystani.Lucas Jackson/REUTERS/Forum Prawdopodobnie polscy młodzi przyłączyliby się do Indignados czy Occupy Wall Street. Bo czują się oszukani i wykorzystani.

Artykuł w wersji audio

Milenialsi nie protestują gremialnie pod Sądem Najwyższym ani pod Sejmem. Napisał o tym nieznany szerzej Theo Nawrocki w swoim liście do młodych na FB, a potem Dorota Wellman na łamach „Gazety Wyborczej”. List Nawrockiego Komitet Obrony Demokracji udostępnił na swoim fejsbukowym fanpage’u. Wywołał falę oburzenia 20- i 30-latków. Że obraźliwy, utrzymany w aroganckim tonie, fałszywie młodzieżowy język, podszywanie się pod kogoś, kto młodych zna i rozumie. Odebrali to jak typowe zgredowskie „za moich czasów”: my dla was walczyliśmy, obaliliśmy komunę, a wy z tego korzystacie i ani myślicie okazać wdzięczność.

– To jak z Gombrowicza! – mówi profesor Barbara Fatyga, socjolog młodzieży. – Jakieś MY jakimś WAM wywalczyło wolność i wszelkie dobrodziejstwa. Nie ma co się dziwić, że młodzież reaguje jak bohater „Ferdydurke”. Zwłaszcza że pretensjom wobec „roszczeniowych milenialsów” i apelowi „powyłączajcie compy i ruszcie d… Na ulice!” towarzyszył obraz dobrobytu, w jakim, według autora postu, żyje młode pokolenie Polaków: „skromna furka, klamoty z butiku, nierzadko własna kawalerka, a w niej sprzęt audiowizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii”.

Pod postem bardzo liczne komentarze ludzi 50 i 60+, podzielających poglądy autora listu. Straszą młodych zamknięciem granic, powszechnym poborem do wojska, kartkami, kolejkami. Roztaczają wizje dla pokolenia urodzonego po upadku PRL nie do końca zrozumiałe. – Dla nich ta sytuacja jest abstrakcyjna – mówi prof. Jacek Raciborski, kierownik Zakładu Socjologii Polityki Uniwersytetu Warszawskiego. – Brakuje im pokoleniowego przeżycia represyjnego reżimu politycznego. Nie da się tego opowiedzieć, tak jak nie sposób uczyć postaw obywatelskich ex cathedra. One się muszą rodzić w ruchach społecznych, w działaniu.

Młodzi wiedzą, że historia to nie koło, którym można zakręcić do tyłu. – Starsze pokolenia mają poczucie, że przeszłość się powtarza, wrócił 1980 r., mamy komunę, na ulicach pałuje ZOMO i scenariusze, które wykształcili wtedy, są znowu skuteczne – mówi dr Marcin Napiórkowski, 33-letni socjolog, semiotyk kultury, zajmujący się mitologią współczesną i pamięcią zbiorową. – A to jest po prostu niemożliwe. Poza tym zapominają, że wspomnienia z młodości są zrozumiałe tylko dla tych, którzy wtedy byli młodzi, a obecnych młodych wykluczają.

Symetryczni i sebixy

Przeciwko kolejnym posunięciom PiS (Trybunał Konstytucyjny, sądy) nie protestują tzw. symetryści. Ci, którym nie podoba się rzeczywistość tu i teraz, ale także ta sprzed trzech lat, za którą są odpowiedzialni według nich politycy wyganiający ich teraz na ulice. „Państwa pokolenie zbudowało nam świat, w którym nie mamy prawa do mieszkania, do bezpiecznych warunków pracy, gdzie trzydziestolatek może pomarzyć o umowie o pracę i ubezpieczeniu. Wy nie znacie takiego świata, jesteście bezpieczni, a my zap… 7 dni w tygodniu na kilku etatach” – Agnieszce, 30 lat, po polonistyce na dobrym uniwersytecie, wyraźnie puściły nerwy.

– Badania młodzieży pokazują, że praca, jako zabezpieczenie godnego życia, lokuje się wśród najważniejszych wartości młodych ludzi – mówi prof. Fatyga. – Ale kto z nimi rozmawia o tym, że zasoby pracy w skali globalnej się kurczą? Że praca to dzisiaj coraz bardziej przywilej, a nie przekleństwo i znój? Tymczasem mamy, wspieraną przez rodziców, nauczycieli i innych „znawców”, anachroniczną pogoń za mitycznymi kierunkami studiów, które takie bezpieczeństwo rzekomo raz na całe życie zapewnią.

Kuba, który skończył dziennikarstwo i pracuje w sektorze gier komputerowych, pisze: „Przez te 25 lat po zmianie systemu udało Wam się zbudować demokrację kapitalistyczną, która mogła zaistnieć tylko i wyłącznie dzięki wyłączeniu i upodleniu niższych klas społecznych na początku transformacji gospodarczej, dzięki terapii szokowej serwowanej przez chłopców z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którym przewodził w Polsce Leszek Balcerowicz. Dalej, zbudowaliście tę demokrację dzięki wejściu w »taktyczny sojusz« z Kościołem katolickim, oddając mu de facto rząd dusz i wychowanie młodzieży. Więc proszę nie dziwcie się, że kiedy przyszło nagle do obrony Waszych interesów klasowych, to pokazano Wam środkowy palec”. Kuba nie jest wyborcą PiS, tylko socjaldemokratą.

Także Zdzisław, „co miesiąc prawie 2 etaty, żeby protestujących emerytów i rencistów swoimi składkami opłacać”, mówi wprost: „Nie chcę stworzonej przez Was Polski, nie chcę Waszych protestów”.

Kamil z Tarczyna idzie krok dalej: „A jeżeli młodzi chcą powrotu komuny i nacjonalizacji środków produkcji? Są tacy, którzy chcą, by bananowe dzieci oddawały część swojej kaski, by sebixy [dresiarz, „wieśniak”] przestały być sebixami i stały się obywatelami wyciągniętymi z dziedzicznej biedy i patologii”.

Słuchając takich wypowiedzi, trudno zrozumieć, dlaczego polska lewica jest tak słaba. – Główny nurt lewicy wciąż nie dostrzega olbrzymiego potencjału niezadowolenia, jaki rodzi się z polityki PiS skierowanej wyłącznie do najuboższych – mówi profesor Jacek Raciborski. – Tych prawdziwie sfrustrowanych milionów z klasy średniej, których sytuacja się stale pogarsza. Ci młodzi do nich już należą. Oni są prawdziwym współczesnym proletariatem.

Paweł po Uniwersytecie Jagiellońskim, młody człowiek na śmieciówce, jednak chodzi „na te Wasze protesty”, bo tego wymaga przyzwoitość. Ale apeluje: „Wy też bądźcie przyzwoici, również względem nas, pierwszego pokolenia od czasu zakończenia II wojny światowej, które nie ma perspektywy, że będzie żyć lepiej niż rodzice. To pokolenie ma wręcz perspektywę, że będzie miało niższy status życia niż rodzice”.

Przesadzają? Trochę pewnie tak, sprowokowani tym adventure-club w Nowej Zelandii, który mogą sobie obejrzeć najwyżej w internecie.

– Przekonanie starszego pokolenia, że młodym teraz się tak wspaniale powodzi, jest pozbawione realnych podstaw – mówi dr Napiórkowski. – Ale poczucie młodych, że żyją w wyjątkowo trudnych warunkach, też nie jest prawdziwe. Mamy rekordowo niskie bezrobocie, według danych Eurostatu kontrakty czasowe ma u nas dwie trzecie pracowników, trochę więcej niż w Portugalii, Francji, Włoszech i Chorwacji, ale mniej niż np. w Hiszpanii i na Słowenii. Są też możliwości migracji zagranicznych, których poprzednie pokolenie nie miało.

Inna forma

Nina, 19-latka z Warszawy, jest na prawie każdym proteście. – Ale my mamy uprzywilejowany status ekonomiczny – mówi o sobie i swoich kolegach, którzy też przychodzą pod sądy, Pałac Prezydencki i na Wiejską. – Jest wyraźny podział, na manifestacje przychodzą tylko ci młodzi, którym się lepiej powodzi. To po prostu widać.

Maciek, lat 21, ciężko pracuje (u siebie) i nie narzeka, ale na demonstracje nie chodzi. Także dlatego, że ma daleko. Do stolicy 70 km, a najbliższy Sąd Rejonowy w Grójcu, gdzie chyba nikt nie protestuje. Mazowsze południowe zawsze było pisowskie, a po 500 plus przeciwników „dobrej zmiany” można ze świecą szukać. Zresztą dawno nie był nie tylko w Grójcu, ale nigdzie, wiosna i lato to taki czas, że nawet z dziewczyną prawie się nie widuje. Razem z bratem prowadzą gospodarstwo przejęte po rodzicach, 20 ha truskawek, które teraz puszczają wąsy. Z tych wąsów będą sadzonki, dzięki którym uda im się wyjść na swoje, bo na samych owocach to nie ma mowy. Więc Maciek czas ma tylko na to, żeby wieczorem udostępnić na Instagramie i FB zdjęcie z łańcuchem światła albo mema.

Takich jak on, protestujących w sieci, jest spora grupa. Nie zawsze wynika to z braku czasu czy fizycznej trudności w dotarciu na miejsce. I nie z lenistwa, jak sądzą „starzy”. Dla ludzi urodzonych już w czasach internetu sieć nie jest jakąś bliżej nieokreśloną alternatywą dla realu, tylko integralną częścią rzeczywistości. Protestowanie przez upublicznianie nie jest w ich rozumieniu gorsze czy mniej wartościowe od fizycznej obecności na manifestacji. – To są komplementarne rzeczywistości – mówi Napiórkowski. – Żaden protest by się nie udał bez rozpropagowania go wcześniej w sieci, a potem przekazania go przez media. A samo udostępnianie hasła czy memów w sieci, bez tysięcy maszerujących po ulicach, też nie zapewni sukcesu. I to musi się odbywać jednocześnie, co pokazuje bardzo wiele badań na temat skuteczności protestów.

Zmęczenie materiału

Problem w tym, że sukcesu nie ma. Wykruszają się nawet ci, którzy nie są aż tak wściekli na poprzednie ekipy i na początku rządów PiS pojawiali się na manifestacjach. Jak Berenika, 29 lat, z Krakowa, która dwa lata temu przyjechała specjalnie na protest w obronie Trybunału Konstytucyjnego do Warszawy. A w zeszłym roku w lipcu manifestowała w Krakowie w sprawie sądów. Ale sama. Nikogo nie mogła namówić, żeby z nią poszedł. Chociaż wszyscy jej znajomi uważają, że to skandal, co się dzieje, najpierw z Trybunałem, a teraz z sądami, ale nikt nie chce pójść. Ona już też ma mniejszy zapał.

– Ja się trochę poddałem – przyznaje Łukasz, 30-letni gej z Warszawy. – W zeszłym roku protestowaliśmy wszyscy, prezydent zawetował i świętowaliśmy sukces, a potem się okazało, że przerobili nas na szaro. Zrozumiałem, że za każdym razem będzie tak samo.

Prof. Raciborski podkreśla, że doświadczenie nieskutecznego manifestowania podcina skrzydła. Poza tym marsze i demonstracje to bardzo zinstytucjonalizowana forma protestu, więc dla ludzi młodych po prostu nudna i mało atrakcyjna.

– W demokracji nie da się protestować tylko przeciw komuś – mówi dr Napiórkowski. – Trzeba mieć alternatywę, kogoś, kogo się popiera. Wtedy możliwe jest zbudowanie długofalowej strategii. Inaczej to tylko jałowe, chwilowe rozładowanie frustracji, które do niczego nie prowadzi i protestujących ogarnia poczucie beznadziei.

Nick Srnicek i Alex Williams w książce „Inventing the Future” analizują, dlaczego współczesne protesty są coraz bardziej masowe i coraz bardziej daremne. Arabska wiosna, Ruch Oburzonych, Occupy Wall Street, Indignados nie przyniosły żadnych korzyści. W USA mamy Trumpa, Wielka Brytania wychodzi z Unii, kraje, które doświadczyły arabskiej wiosny, są pogrążone w kryzysie. I dochodzą do wniosku, że protesty realizują raczej społeczne pragnienie wspólnotowego ideału, „robienia czegoś razem”, niż prowadzą do zmiany. Bo mają przede wszystkim wymiar afektywny: uczucia pokonują chłodną analizę, a zamiast długofalowych celów strategicznych jest taktyka na krótką metę. I jeszcze: skierowane są przeciw abstrakcyjnym i skomplikowanym mechanizmom politycznym, ale ich nie wyjaśniają. W efekcie sami protestujący nie do końca rozumieją własny sprzeciw, poza tym, że wyrażają ogólne niezadowolenie ze świata. A w ich przesłaniu przeszłość („kiedyś to było dobrze”) jest ważniejsza niż przyszłość. – Prawda, że pasuje? – pyta dr Napiórkowski. – A przecież Srnicek i Williams nie analizowali polskich manifestacji.

W dobrą stronę

Jedyny na razie protest, który odniósł sukces, to czarny marsz, po którym prezes Kaczyński przestraszył się parasolek. W efekcie projekt ustawy całkowicie zakazującej aborcji został odrzucony także głosami PiS. Czarne Protesty mają klarowne przesłanie, długofalową strategię, nie przywołują przeszłości. – Młodzi mobilizują się tylko w sytuacji zagrożeń konkretnych, np. kwestia aborcji czy wcześniej ACTA – mówi prof. Raciborski.

– A sprawa sądów nie dość, że skomplikowana, to jeszcze nie jest czarno-biała – mówi Aleks, kolega Łukasza. – Człowiek już się gubi w tym, kto ma rację. Bo sądy, te, z jakimi mieli do czynienia oni albo ich rodzice, nie kojarzą im się za dobrze.

Wielka manifestacja parasolek była pierwszą, w jakiej wzięły udział Pola, Alina i Róża, wówczas uczennice I klasy warszawskiego gimnazjum. Dziewczyny są historycznym, ostatnim rocznikiem gimnazjum, we wrześniu zaczną III klasę. Na pierwszą manifestację Pola poszła z mamą. Od tamtej pory nie opuszcza żadnego Czarnego Protestu. Chodzi też na parady równości, już z koleżankami. – Czarny marsz odniósł sukces, był skutek, a to mobilizuje do działania – mówi Pola. – Więc teraz tym bardziej trzeba chodzić, żeby widzieli, że nie popuścimy. Przecież projekt ustawy antyaborcyjnej, trochę tylko zmieniony, znowu jest w Sejmie. Jak chcą nas zmusić do rodzenia dzieci z gwałtu, to trzeba interweniować w każdy sposób.

Dwa razy starsza od Poli i jej koleżanek Berenika ostatni raz była właśnie na czarnym piątku w Krakowie, wczesną wiosną. Na protesty przeciwko ustawie antyaborcyjnej jej znajomi dają się wyciągnąć i byli na manifestacji większą grupą. Mówią, że to jest taka sprawa, co do której nie ma wątpliwości i która wszystkich bezpośrednio dotyczy. A sądy czy Trybunał Konstytucyjny – już nie.

Łukasz, Marek, Michał i Aleks (wiek od 26 do 33 lat), spotkani przy piwie na placu Zbawiciela, wiedzą, że to nieprawda. Wystarczy, żeby parlament w ekspresowym trybie, tak lubianym przez PiS, uchwalił ustawę ograniczającą w poważny sposób wolności obywatelskie. Kontrolowany przez władzę Trybunał może nie dostrzec, że nowe prawo gwałci konstytucję i zagwarantowaną w niej równość obywateli. I dopiero taki scenariusz skłoniłby ich do wyjścia na ulicę. Bo od czasu pamiętnych wet prezydenta Dudy z lipca zeszłego roku i złożenia przez niego niemal identycznych jak zawetowane projektów, biorą udział tylko w paradach równości i protestach przeciwko ustawie antyaborcyjnej. – Tam wiemy, że idziemy w dobrą stronę i w dobrym towarzystwie.

Demokracja, głupcze

– Czarny Protest się udał, ale zakaz aborcji nie był projektem PiS – mówi Łukasz, 24 lata, student prawa, w wakacje dorabiający w jednym z pubów na wiślanych bulwarach. W trakcie roku akademickiego przeważnie rozwozi pizzę. – PiS ma władzę absolutną i żadne protesty tego nie zmienią.

Kolega Łukasza, pracujący w tym samym pubie, Michał, 23 lata, student dziennikarstwa, nie ukrywa podziwu: – Nie było chyba jeszcze tak twardej ekipy, która by sobie tak dobrze radziła. Kadencję dokończą, nikt im nie podskoczy. Musielibyśmy chyba zrobić rewolucję. Same protesty do niczego nie prowadzą, efekt jest dopiero, kiedy się krew poleje, a na to chyba jeszcze nie jesteśmy gotowi.

Dr Napiórkowski przyznaje, że figura męczennika bardzo jednoczy protestujących. Tragiczna śmierć jednego lub kilku manifestujących bywała punktem przełomowym wielu protestów. – Ale tragiczna figura zamordowanego bojownika pasuje do krwawej dyktatury, gdzie są tajne więzienia i tortury, a tego przecież w Polsce nie ma – przypomina Napiórkowski, który w incydencie podczas ostatniej manifestacji widzi próbę wykreowania takiego męczennika i bohatera. I apeluje: zachowajmy właściwe proporcje.

Młodzi, którym rządy PiS się nie podobają, a jednak pójdą głosować, zapewne pokażą tej partii w następnych wyborach czerwoną kartkę. Bo taki jest w demokracji tryb okazywania niezadowolenia. A oni uważają, że nadal żyjemy w demokratycznym kraju. – A w demokratycznych, stabilnych systemach młodzi są pasywni – twierdzi prof. Jacek Raciborski. – Najrzadziej biorą udział w wyborach. Tak jest na całym świecie. Szymon, aplikant w kancelarii, dodaje, że za parę lat pewnie przyjdą nowi politycy, ale ciężko będzie odwrócić to, co zostało zepsute. – Ci nowi też będą korzystać z tego, że mają podporządkowaną politykom prokuraturę, sądy i Trybunał – mówi. Aleks boi się, że nowi tak szybko nie przyjdą. Jeżeli PiS zmieni ordynację wyborczą, by ułatwić sobie ponowne zwycięstwo, wtedy on się ruszy.

– Można też spojrzeć na sprawę z drugiej strony i zapytać, czy protesty nie są najwyższą formą pogardy dla demokracji? – mówi Napiórkowski. – Nie wierzymy w demokratyczne mechanizmy i instytucje, w wolne wybory i sądy, więc wychodzimy na ulice.

Pamięta, jak manifestował PiS 4–5 lat temu. I jak czuł niesmak, słysząc o „tyranie Tusku” i chóralne „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Teraz też nie czuje się komfortowo, gdy policję porównuje się do ZOMO. I gdy mówi się o dyktaturze PiS.

Polityczne zagmatwanie

A młodzi po prostu nie czują realnego zagrożenia. – Ci, którzy agitują do protestów i manifestacji, mówią, że ustawy o sądach są niebezpieczne dla demokracji, ale przecież nic się takiego strasznego jeszcze nie wydarzyło – mówi Igor z Warszawy, przyszłoroczny maturzysta. Do udziału w protestach zniechęca go to, że „politycy są tam na pierwszym planie, a nie społeczeństwo, ludzie”. – Najpierw marsze zawłaszczył KOD, zaraz potem pojawili się na nich politycy PO i Nowoczesnej – uważa Rafał ze Śląska, który chciałby założyć rodzinę, ale go nie stać, chociaż skończył studia i pracuje na pełnym etacie.

– Atrakcyjny dla młodych protest musi mieć na sztandarach nową alternatywę, a nie zapowiadać restaurację – mówi prof. Raciborski. – Musi być rewolucją, a nie kontrrewolucją.

Oliwia, lat 20, z Działdowa, studentka Uniwersytetu Gdańskiego, brała udział w czerwcowym okupacyjnym strajku studenckim: – Jacyś ludzie z KOD przyszli do nas i mieli do powiedzenia tylko tyle, że długo czekali, aż się studenci wreszcie ruszą i gdzie byliśmy, jak były protesty w sprawie sądów. Oliwii nie przekonuje żadna partia polityczna. Nie brała udziału w protestach organizowanych przez KOD, ale na czarny marsz przyjechała specjalnie z Gdańska do Warszawy. Raczej nie będzie głosować.

Szymon, aplikant w kancelarii, kiedyś bardzo interesował się polityką. Był idealistą za młodu, jak mówi, i nie dostrzegał, że cała klasa polityczna jest nieuczciwa, że politykami nie kierują szczytne cele, tylko doraźne interesy. – Zraziłem się nie do jakiejś jednej partii politycznej, tylko do polityków jako grupy – wyjaśnia. – Ktokolwiek by nami rządził, będzie manipulował. I po prostu szkoda mi czasu na to, nie chcę się spalać. To świadoma decyzja. Wolę skupić się na swoim życiu.

Antek z Warszawy, 24 lata, także uważa, że są rzeczy ważniejsze. Całemu światu grozi katastrofa, i jak się wszyscy politycy nie opamiętają, to za chwilę nie będzie czym oddychać, a oceany się zagotują. Zgłosił się jako wolontariusz do fundacji dr Sylvie Earl, która walczy z zanieczyszczaniem mórz plastikiem. A dwa lata od niego starszy Hubert, były przywódca strajku studenckiego na Politechnice Częstochowskiej, założył Częstochowski Alarm Smogowy. – O czyste powietrze jest sens walczyć, a na protesty w sprawie sądów nie chodzę.

Ani opozycji, ani lidera

– Nie kojarzę żadnej twarzy tych ostatnich protestów pod Sejmem, Senatem, Pałacem Prezydenckim – mówi Marek spotkany na placu Zbawiciela. – Wiadomo tylko, że firmuje to Komitet Obrony Demokracji, a to raczej odstręcza. Milenialsi na nazwisko Mateusza Kijowskiego reagują uśmieszkami politowania. Nazwiska nowego lidera KOD nie pamiętają. – Nie da się skutecznie protestować bez wyrazistego, charyzmatycznego lidera albo przynajmniej czytelnego programu i spójnej symboliki – mówi Napiórkowski.

Opozycja nie formułuje atrakcyjnej dla młodych propozycji. Młoda lewica antykapitalistyczna i środowiska feministyczne od początku miały problem z KOD, po aferze z Kijowskim ten szyld jest już kompletnie spalony. – Przydałby się nie lider, lecz raczej liderka – mówi Nina, która duże nadzieje pokładała w Barbarze Nowackiej, ale ta znowu gdzieś zniknęła. Michał, student dziennikarstwa dorabiający w pubie nad Wisłą, uważa, że opozycja się kompromituje. Najpierw Kijowski, potem Petru. – A teraz te słabnące protesty są tylko pożywką dla PiS, bo ci niezdecydowani, widząc, jak to zamiera, jak się nie udaje, poprą silniejszego.

Na świecie ruchy sprzeciwu, jakie pamiętamy z ostatnich lat, w swoim epicentrum miały młodych. Bo w młodość wpisany jest bunt. Tymczasem w polskich protestach widzimy przeważnie siwe i łyse głowy. – Kultura protestu jest w zaskakujący sposób kulturą globalną – mówi dr Napiórkowski. – Poszczególne ruchy sprzeciwu w USA, Francji, Ameryce Południowej, Hiszpanii mogą mieć swoje partykularne cele, ale utożsamiają się ze sobą, przyjmując podobny język i sposoby protestu. Z tej wspólnej retoryki wynika poczucie globalnej wspólnoty. Polskie protesty idą w przeciwną stronę. I są obsesyjnie polskocentryczne. Jeżeli chcemy, żeby młodzi chodzili na protesty, może powinniśmy więcej uwagi poświęcać temu, dlaczego ich rówieśnicy protestują przeciw Trumpowi, brexitowi albo co porabiają teraz młodzi w Turcji czy krajach Europy Południowej?

Prawdopodobnie polscy młodzi przyłączyliby się do Indignados czy Occupy Wall Street. Bo czują się oszukani i wykorzystani. I bliska im jest retoryka tamtych protestów. – Symbole i rytuały polskich protestów do młodych nie trafiają, bo nie wiedzą, co one znaczą, więc są postrzegane jako śmieszne lub żenujące – mówi prof. Fatyga. Więc kiedy maszeruje KOD, zostają w domu. Ci sami młodzi, którzy w sondażach są jedyną grupą wiekową, w której nie wygrywa PiS.

***

O młodości i politycznej obojętności pisze Daniel Passent.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ukraińska kelnerka o swojej pracy w polskich hotelach

Kobiety traktują nas jak powietrze, mężczyźni często proponują nam seks, a dzieci uważają za służące, którym nie należy się szacunek – opowiada Ukrainka, która od czterech lat pracuje na polskim wybrzeżu.

Katarzyna Zdanowicz
17.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną