Bogdan Wenta: od szczypiornisty do prezydenta Kielc

Hartowany scyzoryk
W piłce ręcznej Bogdan Wenta był rozgrywającym, ale w polityce lepiej czuje się na pozycji obrotowego.
Bogdan Wenta z żoną Iwoną (w środku) po ogłoszeniu wyników drugiej tury wyborów w Kielcach.
Piotr Polak/PAP

Bogdan Wenta z żoną Iwoną (w środku) po ogłoszeniu wyników drugiej tury wyborów w Kielcach.

Trener Bogdan Wenta podczas meczu Polska – Chorwacja, Innsbruck 2010.
Kuba Atys/Agencja Gazeta

Trener Bogdan Wenta podczas meczu Polska – Chorwacja, Innsbruck 2010.

Sukces Wenty w wyborach na prezydenta Kielc tłumaczony jest tym, że w kampanii chciało mu się przekonywać do siebie kielczan, podczas gdy dotychczasowemu prezydentowi Wojciechowi Lubawskiemu wydawało się, że już są do niego przekonani. Lubawski, rządzący od trzech kadencji, popierany przez PiS, miał po swojej stronie mieszkańców uzależnionych od lokalnej budżetówki, bezpośrednie poparcie z wielu ambon oraz inercję wyborców pogodzonych z tym, że żadna zmiana na szczytach miejskiej władzy nie jest możliwa. A kibice Korony Kielce pamiętali, że swego czasu uratował ekstraklasowy byt klubu.

Przekonanie o nieusuwalności Lubawski demonstrował już wcześniej nieprzystępnością, arogancją, pozorowaniem konsultacji społecznych. Naraził się ładowaniem milionów w utopię kieleckiego lotniska oraz 81 nowych przystanków komunikacji miejskiej, za 400 tys. złotych sztuka, co wystawiło Kielce na ogólnopolską szyderę. Przyspawany do stołka, ze swoim sarmackim wąsem oraz słabością do luksusowych limuzyn nie wypadał najlepiej na tle Wenty, kojarzonego z sukcesami sportowymi, niezależnego finansowo, mówiącego w trzech językach europarlamentarzysty, obiecującego przekuć swoje kontakty i doświadczenie ze Starsburga i Brukseli na pożytek Kielc.

Nerwowe wyczekiwanie

4 listopada, w sztabie wyborczym Bogdana Wenty trwa nerwowe wyczekiwanie na sondażowe wyniki drugiej tury wyborów. Zwycięstwo pretendenta okazuje się bezdyskusyjne, dostaje ponad 61 proc. głosów. Najwyżej w górę skacze siedząca w pierwszym rzędzie obok Wenty kobieta w granatowej sukience. To Danuta Papaj, szefowa jego komitetu wyborczego, oficjalnie tytułowana „panią dyrektor”. W Kielcach mówi się, że jest matką chrzestną zwycięstwa Wenty.

Wenta zna się z rodziną Papajów od lat. Syn Danuty, Paweł, był kierownikiem drużyny w czasach, gdy Wenta trenował reprezentację Polski, a potem klub Vive. Z Leszkiem, mężem Danuty, jest widywany na meczach Vive, gdzie od zwolnienia ze stanowiska trenera w 2014 r. pojawia się już tylko jako gość. – Nie szukają towarzystwa vipów, siadają między zwykłymi kibicami. Wydawać by się mogło, że mecze będą świetną okazją do agitacji, ale Bertus Servaas (właściciel Vive, red.) trzyma się z dala od polityki i wymaga tego od swoich ludzi. Gdy Bogdan wygrał, klub powstrzymał się nawet od kurtuazyjnych gratulacji – mówi Paweł Kotwica, dziennikarz „Echa Dnia”.

Danuta Papaj prowadzi w Kielcach biuro rachunkowe. Obsługuje miejscowe firmy ze średniej półki, ma znajomości wśród ludzi, którzy byli w stanie finansowo wesprzeć kampanię. Do niedawna prowadziła biuro poselskie Grzegorza Schetyny, który kandydował do ostatnich wyborów ze świętokrzyskiego. Oba gabinety, Wenty i Schetyny, mieszczą się do tej pory w tym samym budynku. Schetynie zależało zresztą, by ewentualny sukces Wenty poszedł też na konto Platformy. – Schetyna czuł, że zamiast przegrać Arturem Gieradą, szefem świętokrzyskiej PO, lepiej wesprzeć bezpartyjnego Wentę, bo to będą wybory emocji i dobrych skojarzeń. A on jest znany, lubiany. Wśród damskiej części elektoratu często dało się słyszeć: zagłosuję na Wentę, bo przystojny – mówi kielecka polityk.

Wenta skorzystał na związku z PO wcześniej – z jej list kandydował w 2014 r. do Parlamentu Europejskiego. Z sukcesem. Nie dał się namówić na członkostwo w partii, od ponad dwóch lat firmuje niezależny od głównego politycznego nurtu byt Projekt Świętokrzyskie. – Cenię sobie niezależność – mówi krótko. Gdy przed początkiem kampanii do europarlamentu PO zaprosiła go na szkolenie z wystąpień medialnych, zrezygnował po trzech godzinach. Wenta: – Kazano mi nauczyć się na pamięć określonych gestów, w rodzaju: palce zetknięte opuszkami formują koszyczek. Ale ja jestem zbyt żywiołowy, nie nadaję się do sformatowania. Poza tym wydawało mi się dość absurdalne, że akurat mnie, trenera z kilkunastoletnim stażem, szkoli się z coachingu.

Gubi wątki, mnoży dygresje

Naturalność Wenty została odebrana jako jego zaleta, ale jej rewersem był chaos. Czasami trudno nadążyć za sednem jego wypowiedzi. Zdarza mu się gubić wątki, mnoży dygresje, zostawia niedopowiedzenia. – Ilekroć w trakcie kampanii prezydenckiej zbaczał z tematu, dyrektor Papaj zawsze była na posterunku, żeby sprecyzować, co Bogdan ma na myśli. No i wypychała go: idźże, stań tam, zrób zdjęcie, uśmiechnij się, pogadaj z ludźmi. Wydawał się nieco skrępowany takimi ustawkami – dodaje polityk z Kielc. Wenta potwierdza, że podlizywanie się wyborcom nie jest w jego stylu. – Ani razu nie powiedziałem podczas tej kampanii: głosujcie na mnie. Uważam, że ludzi nie należy pchać, ale sprawić, by za tobą poszli – mówi.

Po elekcji musiał z mandatu europosła zrezygnować. Działał w dwóch komisjach PE – rozwoju oraz edukacji, kultury i sportu. Prawie nie opuszczał posiedzeń ani głosowań, często zabierał głos, wnosił interpelacje. Jego aktywność została doceniona przez redakcję „The Parliament Magazine” – został uznany za najlepszego polskiego europosła pierwszej połowy kadencji. – Z tzw. celebrytami, którzy zostają europosłami, przeważnie jest tak, że z chwilą zdobycia mandatu misję uznają za wypełnioną. Bogdan Wenta okazał się bardzo komunikatywny i pracowity. Nie pamiętam, żeby podczas posiedzeń komisji kultury odezwał się, będąc nieprzygotowanym – chwali go europoseł Krystyna Łybacka. Tadeusz Zwiefka, kolega z Europejskiej Partii Ludowej: – Nie wstydził się niewiedzy. Mówił wprost: nie znam się na tym, możesz mi wytłumaczyć, o co chodzi?

Zdaniem Łybackiej tę pracowitość, pilność i ambicję Wenta musiał wynieść z piłki ręcznej. On nie ukrywa, że dobre pół życia spędzone w zawodowym sporcie ukształtowało go. – W Niemczech od trenera wymaga się nie tylko kompetencji sportowych. Musi mieć cechy przywódcze, umieć zarządzać ludźmi. Na egzaminach końcowych w Wyższej Szkole Sportowej w Kolonii musiałem między innymi poprowadzić zajęcia z nieznaną sobie grupą ludzi, przekonać ich do swoich pomysłów. To jest moment, gdy ocenia się twoje kompetencje lidera. Sport sportem, ale ta szkoła daje perspektywy na inne dziedziny życia – powiada Wenta.

Wydobyciem polskiego szczypiorniaka z marazmu i sukcesami z reprezentacją – srebrnym i brązowym medalem mistrzostw świata – zasłużył na wdzięczną pamięć. Ale wybór Wenty na selekcjonera był dyskusyjny. – Przedstawił słabą prezentację, widać było, że brakuje mu doświadczenia. Jego rywal, Bogdan Kowalczyk, wypadł o wiele lepiej. Potrzebny był jednak wstrząs, bo bardzo zdolne pokolenie szczypiornistów, grające w mocnych klubach Bundesligi, nie potrafiło odnaleźć się w reprezentacji. Władze uznały, że lepszy będzie Bogdan, który niedawno skończył karierę, czuł boisko i był dla chłopaków autorytetem. To był strzał w dziesiątkę, ale moim zdaniem z tymi chłopakami można było osiągnąć więcej, przede wszystkim na igrzyskach (w Pekinie drużyna odpadła w ćwierćfinale, a do Londynu w ogóle się nie zakwalifikowała, co było początkiem końca Wenty w reprezentacji – red.). O słabym przygotowaniu taktycznym zespołu świadczyły przede wszystkim okresy gry w przewadze. To często są decydujące momenty meczów, a reprezentacja Wenty marnowała je seryjnie – mówi osoba ze środowiska piłki ręcznej.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną