Marsze i wiece solidarności z osobami LGBT po białostockich zamieszkach nie dotyczą już tylko równych praw. Dziś chodzi także o prawo do istnienia w przestrzeni publicznej. Polityczne i kościelne władze doprowadziły do tego, że osobom nieheteroseksualnym odmawia się prawa do tożsamości. Chcesz być bezpieczny? Siedź w „szafie”, nie ujawniaj się.
We Wrocławiu dziennikarz Przemysław Witkowski został pobity (złamany nos, rany twarzy), bo skrytykował napis na murze „Stop pedałom z LGBT”. W Warszawie kierowca Ubera widząc tęczowe flagi, odmówił zabrania osób wracających z demonstracji solidarności z Białymstokiem, ponieważ jest „przeciw ideologii LGBT”. Rządzącym i Kościołowi udało się w sporej mierze odczłowieczyć osoby nieheteroseksualne. Więc protestują: „Jesteśmy ludźmi, nie ideologią” – taki transparent można było zobaczyć podczas sobotniej demonstracji w stolicy, podobnie też mówili uczestnicy zorganizowanego dzień później wiecu solidarności w Białymstoku.
Kluczowa w tej zaplanowanej akcji wykluczania jest rola pisowskich mediów. Najgłośniejszy przykład: naklejka dołączona do ubiegłotygodniowego wydania „Gazety Polskiej” z napisem: „Strefa wolna od LGBT”. Tą strefą ma być Polska. Bo – jak tłumaczy naczelny „GP” Tomasz Sakiewicz – „ideologia LGBT ma wszelkie cechy ideologii totalitarnej”.
Zarówno Empik, jak i stacje BP odmówiły sprzedaży „GP”. Centrum Monitoringu Wolności Mediów, działające przy zdominowanym przez dziennikarzy tzw. mediów narodowych Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, działania obu sieci nazwało złamaniem wolności słowa i cenzurą prewencyjną. Rozgorzała debata, czy każda treść ma te same prawa do rozpowszechniania?