Kraj

Głową w system

Sandor Marai krytycznie patrzy na tych, którzy – jak nawet najwięksi dysydenci w ZSRR, Sołżenicyn i Sacharow – nie poszli jego drogą.

Sądziłem, że odetchnę od polityki, sięgając po IV tom „Dziennika 1967–1978”, wielkiego pisarza węgierskiego Sandora Maraia, który ukazał się niedawno w przekładzie Teresy Worowskiej. Ale gdzie tam! Mimo że autor (urodzony w 1900 r.) pisał ten tom jako starszy pan z dala od ojczyzny, polityka powraca na niemal każdej stronicy.

Dylemat emigranta, który wyjechał z Węgier w 1948 r. (ale z języka węgierskiego nie wyjechał nigdy). Po latach uzasadnia swoją decyzję. „Naród wie, że pisarz, który pozostaje w ojczyźnie i żyje w tyranii, jest jak oswojona papuga z podciętym językiem, wyuczony brzuchomówca powtarzający zalecenia aktualnej komunistycznej taktyki literackiej”.

Polityka 31.2019 (3221) z dnia 30.07.2019; Felietony; s. 95
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Bez sutanny jesteś nikim. Tak się żyje w seminarium duchownym

Rozmowa z Robertem Samborskim, autorem książki „Sakrament obłudy”, o życiu wewnętrznym seminariów duchownych.

Joanna Podgórska
19.09.2021