Kupiec między odkupicielami
Redemptoryści mają w świecie opinię skromnych, miłych i otwartych. Skąd u nich takie radio?
Zamknięty w ciągu dnia kościół św. Benona, schowany na tyłach warszawskiego Nowego Miasta, prezentuje się dosyć skromnie. Nie wygląda na rezydencję władz jednego z najliczniejszych zakonów męskich w Polsce. Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela, po łacinie Congregatio Sanctissimi Redemptoris, czyli redemptoryści, w Polsce zwani też benonitami (od patrona kościoła), z 319 zakonnikami w kraju i ponad 160 rozsianymi w kilkunastu krajach świata jest, według Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, ósme pod względem wielkości w naszym kraju. Ma 23 klasztory, 16 parafii, opiekuje się czterema sanktuariami.

Na tablicy ogłoszeń przy siedzibie zarządu prowincji warszawskiej, obejmującej całą Polskę, wiszą informacje o odprawianych tu mszach trydenckich, zaproszenia na rekolekcje. Wzmianek o Radiu Maryja brak. Ale mało kto łudził się, że oświadczenie prowincjała o. Zdzisława Klafki w sprawie o. Tadeusza Rydzyka przysporzy zgryzoty nadawcy „katolickiego głosu w polskich domach”.

Adwokat ubogich

Antyelitaryzm – przez o. Rydzyka prezentowany w wersji swoistej i skrajnej – jest, rzec można, fundamentem, na którym zgromadzenie redemptorystów powstało. Bo Alfons Maria Liguori, neapolitański arystokrata i adwokat – dziś święty, w wieku 30 lat wybrał drogę kapłaństwa, boleśnie zraniony nieuczciwością, której doświadczył w prawniczym środowisku. Wkrótce założył zgromadzenie, któremu za cel postawił głoszenie ewangelii wśród ubogich, uciśnionych i słabych. W 1749 r. uznał je papież Benedykt XIV. W drugiej połowie XIX w. papież Pius IX powierzył redemptorystom ikonę Matki Bożej Nieustającej Pomocy, patronki najbardziej smutnych i potrzebujących.

Dziś redemptorystów na świecie jest 5,5 tys., co czyni ich zakonem średniej wielkości. Wydali ośmiu błogosławionych i czterech świętych. Warszawska prowincja jest w zgromadzeniu najliczniejsza, choć nie znaczy to, że polskich redemptorystów jest najwięcej – we Włoszech, Francji czy USA na kraj wypadają po dwie do czterech prowincji. Szybko rozwija się zgromadzenie w Wietnamie, wielu misjonarzy trafiło do Brazylii i Argentyny (co napędza spekulacje, że tam właśnie mógłby zostać karnie skierowany o. Rydzyk, tym bardziej że zdarzało mu się już dzwonić z Argentyny na antenę swojego radia). Siedziba kurii generalnej i generała – wybieranego kolegialnie, podobnie jak przełożeni niższych szczebli – mieści się w Rzymie.

Młodzi kandydaci na ojców w seminariach mają nabrać zwłaszcza umiejętności dobrego prowadzenia spowiedzi, wykształcić się na przewodników duchowych, komunikujących się zrozumiale z wiernymi wszystkich stanów, rozwijać gotowość do odwiedzania chorych i posługi w miejscach tradycyjnych pielgrzymek. Ojcowie z innych zgromadzeń zauważają, że bardziej niż na naukowe dywagacje u benonitów kładzie się nacisk na misjonarską praktykę. Konstytucja zgromadzenia zaleca braciom „szczerym sercem dążyć do zrozumienia tych wartości, które są w poważaniu u innych ludów, chociażby im oraz ich kulturze nie odpowiadały”.

Redemptoryści mają w świecie opinię dosyć otwartych. Za przykład może służyć jeden z ważniejszych współczesnych teologów moralnych o. Bernard Häring (1912–1998), w którego myśli, jeszcze jako prefekt Kongregacji ds. Nauki i Wiary, wczytywał się kardynał Joseph Ratzinger. A wczytując się, marszczył brwi. Häring, ceniony przez papieża Jana XXIII, wypowiadał się m.in. przeciw przesadnemu celebrowaniu kościelnej hierarchii, w tym wyszukanemu tytułowaniu papieży i kardynałów. Był natomiast za dopuszczeniem kobiet do kapłaństwa i zezwoleniem na sztuczną regulację poczęć.

Podziemni kaznodzieje

Polska historia zakonu od początku była dziwnie naznaczona piętnem politycznej zawieruchy. Do Warszawy benonici trafili w latach 80. XVIII w. Jak pisze Ewa Jabłońska-Deptuła w książce „Przystosowanie i opór. Zakony męskie w Królestwie Kongresowym”, odegrali ważną rolę, dając przykład gorliwości i duszpasterskiego dynamizmu. W 1808 r. po oskarżeniach o kontakty z Austrią i agitację antynapoleońską władze wydaliły redemptorystów z Księstwa Warszawskiego. W następnych latach przełożony o. Jan Podgórski, który jako zwykły ksiądz diecezjalny objął parafię na Kielecczyźnie, potajemnie zreorganizował zgromadzenie w Polsce. W 1834 r. rosyjscy urzędnicy zdołali wreszcie udowodnić zakonnikom funkcjonowanie bez prawnego umocowania i wyrzucili ich z kraju.

Na stałe benonici wrócili na polskie ziemie w 1883 r. za sprawą o. Bernarda Łubieńskiego. W 1909 r. stworzyli w Warszawie prowincję, a już w dwudziestoleciu międzywojennym prowadzili misje w Argentynie. Gdy przyszedł wrzesień 1939 r., ówczesny prowincjał nie pozwolił braciom opuścić klasztorów. Niemieccy żołnierze, tuż po wybuchu Powstania Warszawskiego, rozstrzelali całą wspólnotę z klasztoru na Woli. Niemieccy redemptoryści, przejeżdżający przez Kraków, zawsze mogli liczyć na miskę zupy i miejsce przy wspólnym stole w klasztorze. Choć siadali przy tym stole, nie zdejmując mundurów Wehrmachtu, zakonne zaufanie pozwalało polskim braciom wierzyć, że redemptorysta to brat, który nie czyni krzywdy i że został do włożenia munduru zmuszony.

Wychowani na tych wspomnieniach seminaryjnych wykładowców ojcowie, słysząc ksenofobiczne wystąpienia współbrata z Torunia, gubią się w tym, czym dziś stało się ich zgromadzenie.

Rozdwojenie braci

PRL to dla zakonów czas restrykcji. Redemptoryści jeżdżą po Polsce, głoszą nauki, zbierają powołania. W części parafii skupiają się na tradycyjnym duszpasterstwie, gdzie indziej wchodzą w niemal otwartą antysystemową agitację. – Powstanie duszpasterstwa akademickiego redemptorystów w Toruniu pod koniec lat 60. wywołało popłoch wśród władz – opowiada prof. Wojciech Polak, historyk z UMK. I dodaje, że słusznie. – Choćby ze względu na o. Eugeniusza Karpiela, który w bardzo odważny sposób prowadził spotkania i wspierał studentów w czasie strajków (co ciekawe, o. Karpiel początkowo prowadził pogadanki w Radiu Maryja, ale dyrektor rozgłośni go wyrzucił – red.). W stanie wojennym u benonitów ukrywali się działacze NZS i Solidarności, zakonnicy włączyli się w rytm mszy za ojczyznę, z solidarnościowym sztafażem odprawiali też msze w intencji lokalnych zakładów pracy.

Gdy za duszpasterstwo akademickie w Toruniu odpowiadał o. Karpiel czy o. Alfred Czarnota, prowadzone było w duchu dialogu. Ale byli i kapłani – długo przed o. Rydzykiem – roztaczający przed wiernymi podszytą strachem wizję świata, grzech i piekło odmieniając przez wszystkie przypadki.

Podobnie w krakowskim kościele na Podgórzu, gdzie w latach 80. duszpasterstwo akademickie także działało prężnie, do wykładów zapraszano redaktorów „Tygodnika Powszechnego”, a na łamach pisma pojawiały się interesujące, nowatorskie teksty benonitów. Ale znawcy Kościoła przyznają, że jest wśród redemptorystów rozdwojenie, które trudno wyjaśnić. Może tym, że chcąc mówić o wierze językiem prostym i jasnym, jak założyciel zgromadzenia zalecał, łatwo wpaść w pułapkę uproszczeń. – To tradycyjne duszpasterstwo, które inteligencja traktuje trochę z góry – tłumaczy Wojciech Bonowicz, publicysta religijny i poeta. – Głównymi adresatami są zwyczajni katoliccy parafianie. A z nimi, podobnie jak z niewiernymi nawracanymi na misjach, rozmawia się inaczej niż z wątpiącymi, na rozdrożu. Z tymi wysublimowane debaty toczą raczej dominikanie. To właśnie redemptorystów zapraszają na rekolekcje czy po prostu do gościnnego wygłaszania kazań proboszczowie wiejskich kościółków, gdy kolejka do konfesjonału niepokojąco się kurczy. I z reguły po takiej wizycie ta kolejka na powrót rośnie. Wpływ benonitów na polską religijność przez lata był większy, niż wynikałoby z liczebności zgromadzenia.

Motor z konstrukcyjnym błędem

Gdy w 1991 r. pojawił się o. Rydzyk ze swoim radiem, wielu – ci zwłaszcza, którzy zakonnika wcześniej nie znali – wierzyło, że rozgłośnia będzie takim właśnie medialnym motorem, który rozrusza katolickie wspólnoty. I jednocześnie będzie kojącym głosem dla zagubionych w transformacyjnej zawierusze dusz. Tyle że na antenie szybko zaczęło gościć coraz więcej niepokojących treści. Przedstawiciele episkopatu już w styczniu 1995 r., pół roku po otrzymaniu przez rozgłośnię ogólnopolskiej koncesji, uznali, że Radio Maryja kompromituje Kościół. I umówili się na regularne spotkania z szefostwem stacji, by przekazywać uwagi lub pochwały. Podobne gesty hierarchowie powtarzali przez następne 12 lat.

U redemptorystów brakuje chętnych do oficjalnej rozmowy na ten temat. Głos w słuchawce w domu przy Pieszej, obok kościoła, informuje, że nie ma możliwości kontaktu z prowincjałem ani rzecznikiem zarządu prowincji. Na przesłane e-mailem pytania nie przychodzi odpowiedź.

Krytyczni wobec o. Rydzyka – i zawsze anonimowi – ojcowie benonici przekonują, że pewne procesy, takie jak wzrost potęgi toruńskiego zakonnika, trudno dostrzec, dopóki się one nie wypełnią. Ktoś inny dodaje, że gdy w zgromadzeniu dostrzeżono, co dzieje się wokół radia, pojawił się małoduszny lęk przed schizmą, przed tym, że w razie radykalnych rozwiązań ludzie i tak pójdą za o. Rydzykiem. A jeszcze inni, sięgając dalej w przeszłość, zauważają, że jego imperium nie powstałoby, gdyby nie o. Leszek Gajda. Gdy został prowincjałem, wyciągnął seminaryjnego kolegę z marazmu, w który popadł po tajemniczej eskapadzie do Niemiec. Potem wsparł go w rozpoczęciu medialnej kariery.

Przełożony prowincji jest w niej jedyną osobą, która może zdyscyplinować zakonnika łamiącego reguły zgromadzenia. Na następcę o. Gajdy redemptoryści wybrali o. Edwarda Nocunia. Podobno w zamyśle jako antidotum na politykę poprzednika, także wobec twórcy Radia Maryja. Gdy jednak prymas Józef Glemp wystosował do prowincjała list, krytykujący stawianie się przez o. Rydzyka ponad prawem (zakonnik dorobił się problemów z prokuraturą i nie odpowiadał na jej wezwania), o. Nocuń przekazywał podwładnemu wyrazy solidarności. Potem miał wyznać, że tego żałuje i że nie był dość silny, by podjąć odpowiednie kroki.

W międzyczasie charyzma ojca dyrektora rozkwitała, wpływowi jego osobowości ulegali kolejni bracia, związki, także finansowe, między jego przedsięwzięciami i zgromadzeniem stawały się coraz bardziej skomplikowane i niejasne. Warszawska prowincja redemptorystów posiada oficynę Homo Dei (wydaje książki religijne i kwartalnik adresowany do duchowieństwa, o. Rydzyk nie ma z tym nic wspólnego) oraz koncesję na nadawanie Radia Maryja, którego toruński ksiądz, z upoważnienia prowincjała, jest dyrektorem. Fundacja Lux Veritatis – nadawca Telewizji Trwam oraz Fundacja Nasza Przyszłość wydająca płyty, książki – czasem ksenofobiczne – i pozycje związane z Radiem, a przy okazji prowadząca liceum oraz gimnazjum w Szczecinku, to prywatne przedsięwzięcia zakonnika. Jaka może być rynkowa wartość całego tego przedsięwzięcia? Andrzej Zarębski, analityk rynku mediów, twierdzi, że nie sposób jej oszacować, bo nadawca nie składa sprawozdań finansowych. Problemy z wydobyciem rozliczeń od o. Rydzyka ma też sama prowincja. Profitów z działalności utrzymującego się ze składek Radia Maryja raczej nie uzyskuje, ponosi za to odpowiedzialność w razie jego problemów. Według przeważających interpretacji konstytucji zgromadzenia, także w razie rozwiązania prywatnych fundacji o. Rydzyka, ich majątek przeszedłby na redemptorystów. Przeszłyby też długi.

Obecny prowincjał o. Zdzisław Klafka nie wydaje się tym przejmować. Niedawno wraz z podwładnym radośnie świętował na Jasnej Górze XV pielgrzymkę Rodziny Radia Maryja.

Wielka prowokacja

Jedyna osoba spośród zakonnych przełożonych, która w sprawie o. Rydzyka mogła zadziałać, to generał zakonu Joseph Tobin. Nie robił tego do tej pory, bo wedle opisu współbraci jest otwarty, ale też po amerykańsku prosty. W razie kontrowersji wokół podwładnych z zasady bierze ich stronę.

Tak stało się i tym razem. Co prawda po apelu Centrum Wiesenthala, oburzonego antysemickimi treściami w wypowiedziach ojca dyrektora, o. Tobin zapowiedział szybką i zdecydowaną reakcję, ale później rzecz scedował na polskiego prowincjała. O. Klafka uznał zaś, iż cała sprawa „ma znamiona poważnej prowokacji i manipulacji medialnej”, wypowiedzi o. Rydzyka są „domniemane”, taśmy opublikowane przez „Wprost” „noszą znamiona kompilacji”, a „ojciec Rydzyk nie utożsamia się z przypisywanym mu antysemityzmem”. O. Klafka w swoim oświadczeniu pisze także, iż słowa o. Tobina o mającej być przez niego podjętej „ostatecznej decyzji ukarania” Rydzyka zostały zmanipulowane. Słowem, jeden wielki spisek i manipulacja. I ani słowa o meritum. Tak łagodnego stanowiska nie spodziewali się ci zorientowani w kościelnych relacjach, którzy oczekiwali chociaż lekkiego pogrożenia palcem. Nie docenili widać pozycji o. Rydzyka, która praktycznie daje mu immunitet.

Wiadomo też, że kolejne ostrzeżenia, formułowane w trybie warunkowym zapowiedzi kar, na ojca dyrektora nie działają. Wiele razy obiecywał poprawę, ale z obietnic nie ma zwyczaju się wywiązywać.

Choć Radio Maryja teoretycznie powinno zapewniać redemptorystom popularność, powołania do zgromadzenia są dziś w Polsce nieliczne. Według Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, w ubiegłym roku do posługi przygotowywało się 29 kleryków i 10 nowicjuszy. Średnia wieku w zakonie wynosi ponad 47 lat.

Joanna Cieśla

WIĘCEJ:

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj