Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Odszedł Jerzy Krzanowski. Czy Tam, na górze, potrzebne są krzesła?

Jerzy Krzanowski miał 54 lata Jerzy Krzanowski miał 54 lata Krzysztof Lokaj / Forum
Nieważne, czy szło o ludzi, czy o zwierzęta, bezdomne psy i koty, którym należało pomóc. Pomagał i wcale się tym nie chwalił, nie oczekiwał braw, uznania. W przyjaźniach do końca był wierny, co może potwierdzić każdy, kto tego doświadczył.

Informacja o poszukiwaniu Jerzego Krzanowskiego, twórcy firmy meblarskiej Nowy Styl, biznesmena z Krosna, brzmiała początkowo jak fake news: wyszedł z domu w szortach i czarnym podkoszulku i zniknął. Dopiero wyjaśnienie, że policja temu zdarzeniu nadała najwyższy status, że życie lub zdrowie Krzanowskiego są zagrożone, wskazywało, że to niestety informacja prawdziwa. Szukała policja, straż pożarna, także GOPR. Użyto psów i dronów.

Był człowiekiem znanym, właścicielem jednej z największych na świecie firm produkujących krzesła i fotele biurowe, był zamożny, niezależny, a tym, co od ponad dwóch lat zaprzątało najbardziej jego głowę, była pomoc Ukrainie i Ukraińcom, napadniętym przez Rosję 24 lutego 2022 r. Wymieniliśmy tego poranka SMS-y. Był jak najgorszej myśli: chcą zabić Ze... – pisał.

Za chwilę ruszył pomagać uchodźcom.

Krzesłami podbić świat

Jurka Krzanowskiego poznałam w pierwszej połowie lat 90., może to był 1994 r.? Przyjechałam do Krosna opisać jego biznes. Właśnie otrzymał jakąś nagrodę dla młodych, prężnych i gniewnych. Co ja piszę, nie jakąś, ale pierwszą nagrodę w konkursie. Przyjął mnie młodziak, krótko ostrzyżony, w dżinsach i czarnym podkoszulku. Firma była jeszcze skromna, można powiedzieć – wychodziła z garażu. Ale ten młodziak miał już w głowie cały plan, jak podbić świat.

Myślałam: optymista. Myślałam: czy krzesła biurowe to jest ten biznes, który może zawojować kontynenty? Krzesła biurowe z Krosna. Metalowe, chromowane nogi i siedzisko z plastiku. Przegadaliśmy pół dnia o szansach i zagrożeniach. Ale on nie widział zagrożeń, wygrać konkurs na krzesła dla poczty w Szwajcarii? Czemu nie. Trzeba tylko mieć pomysł, trzeba mieć Nowy Styl... Miał młodych ludzi, kreatorów stylu, odważnych i przekraczających granice. A on nie wybrzydzał, nie narzucał, tylko przyklaskiwał. Tak właśnie rozumiał Nowy Styl. Nawet kartki świąteczne projektowali oryginalne: leży przede mną taka zielona z żonkilami, Wesołych Świąt Wielkanocnych w sześciu językach.

Firmę założyli wspólnie z bratem Adamem Krzanowskim. Byli prawie jak bliźniacy i rozumieli się. Nie byli zamożni z domu, nie mieli pleców ani wsparcia politycznego, pierwsze pieniądze zarobili, pracując fizycznie w Ameryce. Tam też spotkali człowieka, który docenił ich talenty i szybko zorientował się, z kim ma sprawę. Obiecał, że wejdzie do spółki.

Był piątek, w piątki u Krzanowskich jadło się pierogi. Więc pojechaliśmy na pierogi. Nie do hotelu, do domu. Mama Krzanowska, przepasana fartuchem, wprost od stolnicy, gdzie te pierogi lepiła, ucałowała mnie serdecznie i powiedziała, że pierogów starczy i dla mnie, choć się nie zapowiedziałam.

Pomagał nieproszony

Po tekście, który miał chyba tytuł „Krzesło na głowie”, zaczęła się nasza bliska, coraz bliższa znajomość, a potem przyjaźń, ja w każdym razie Jurka Krzanowskiego za jednego z najbliższych przyjaciół uważam.

Na pewno po tekście „Pluń na balladę”, gdzie opisałam losy Krzysztofa Brossa, który w Bieszczady przywędrował za czasów pierwszej Solidarności i osiadł nad Sanną. Kiedy go odwiedziłam, miał dwójkę małych dzieci, po zakupy pływał starą łajbą, a jego córka do szkoły jeździła konno przez las. W drewnianym domu czy lepiej domku nie było elektryczności, jedynie tyle, co wytworzył stary agregat, a Krzysztof Bross z trudem chodził po pochyłym terenie, bo miał zniszczone oba stawy biodrowe. Do wymiany. Tyle że na tę wymianę nie mógł liczyć.

Jerzy przeczytał ten tekst w „Polityce” i widać trudno mu było zaakceptować, że całkiem niedaleko ktoś nie ma szans na operację ani na nową łódź. Odnalazł Krzysztofa Brossa i tak naprawdę odmienił jego życie. Szpital, operacja, nowe biodro. Zajął się wszystkim, z własnej woli, nieproszony.

Tak miał. Jeśli widział, że coś może zrobić dla innej osoby, że może podać rękę, to robił to natychmiast. Nieważne, czy szło o ludzi, czy o zwierzęta, bezdomne psy i koty, którym należało pomóc. Pomoc to pomoc, zawsze myślał, co on może zrobić. Pomagał i wcale się tym nie chwalił, nie oczekiwał braw, uznania. W przyjaźniach do końca był wierny, co może potwierdzić każdy, kto tego doświadczył.

Czasem coś się nie udawało

Dużo później przekonał się, że z pomaganiem też należy uważać, bo może być użyte przeciwko niemu. Prasa rozpisywała się, gdy w 2016 r., zatrzymany przez CBA, trafił do aresztu podejrzany o korupcję urzędniczki z Agencji Rozwoju Przemysłu. W zamian za pozytywne decyzje dla firmy. Wypuszczono go za kaucją, nikt, kto go poznał i znał, nie wierzył, że jest winny.

W sprawie zapadła cisza na całe lata. Powróciła niedawno, w lutym bieżącego roku. Prasa lokalna donosiła, że ma mieć postawiony zarzut. Ale wyrok w sprawie nie zapadł.

Firma się rozrastała i z tego był dumny. Wciąż miał nowe pomysły, plany. Czasami coś się nie udawało, jak z fabryką paneli podłogowych, jaką wybudował z myślą o poszerzeniu rynku. Nie poszło, zdecydował, że się z tego wycofa, trudno, tak się zdarza w biznesie. Ale większość jego inwestycji to był strzał w dziesiątkę.

Nie bał się nowych wyzwań, nowych pomysłów. To on wyposażał Stadion Narodowy w krzesełka przed Euro 2012. A potem te w Katarze to też dzieło Nowego Stylu. Przybywało sklepów firmowych w Polsce i nowych rynków na świecie. Jeśli ktoś patrzył z boku, mógł odnieść wrażenie, że to wszystko przychodzi łatwo, ot, tak, spada z nieba. Ale nie przychodziło ot, tak. Jurek pracował ciężko, jednak miał w sobie to szaleństwo, bez jakiego nie można stworzyć wielkiej firmy, mocno stojącej na solidnych podstawach. Uczył się, analizował, badał rynki, znajdował nowe możliwości, nie zasklepiał się w swoim spojrzeniu na biznes, wiedział, że wszystko się zmienia, rynki, koniunktura, gusty, wymagania. Miał otwartą głowę i zawsze te zmiany wyprzedzał.

Jak tam? – pytałam czasami. – Dobrze – odpowiadał niezmiennie, nawet wtedy, gdy nie było do śmiechu. Mimo lat spędzonych w biznesie miał ten rodzaj entuzjazmu, jaki się udzielał innym. Nigdy nie mówił, że się nie da. Zawsze myślał, co zrobić, żeby się udało.

Mam tu wszystko, co lubię

Był zamożny dzięki swojej pracy. Lokowano go na listach najbogatszych Polaków. Ale nigdy nie epatował pieniędzmi, nie szastał, żeby się pokazać, nie szpanował. Jeździł dobrymi autami, bo jak mówił, musiał się przemieszczać bezpiecznie. Nie oszczędzał na inwestycjach, jakie pomagały pracować lepiej. Był typem nowego, oświeconego kapitalisty: dbał o ludzi, z którymi pracował. Cenił ich pracę, chciał, żeby zostali z nim jak najdłużej, żeby się dobrze czuli w jego fabryce. I tak było.

Swoje córki nauczył prowadzenia biznesu. Dawał im swobodę i pozwalał decydować. Dziś obie dziewczyny są na swoim. W styczniu ubiegłego roku przekazał im wszystkie swoje udziały w spółce, zrezygnował też z funkcji wiceprezesa zarządu Nowego Stylu.

Lubił wyjeżdżać zimą z rodziną do Dubaju, odpocząć. – Zwariowałeś? Tam okropnie jest przecież – naśmiewałam się z tego upodobania. – Jest ciepło, świeci słońce, mam tu wszystko, co lubię – tłumaczył. Lubił pływać.

Potem kupił mieszkanie w Hiszpanii, chyba podczas pandemii covid. Był zachwycony. Mówił, że ucieka tam, bodaj na kilka dni. Lubił słońce i jazdę na rowerze.

Rosyjską fabrykę trafił szlag

Wiele lat temu otworzył fabrykę w Charkowie. Patrzył na rosyjski rynek z apetytem, z Charkowa było blisko. A i ukraiński rynek był nie do pogardzenia. Wszystko się tam zmieniało, euroremont wymagał nowych biur i nowych krzeseł. Wcześniej, chyba już w 2001 r., został konsulem honorowym Ukrainy w Rzeszowie. Był najdłużej urzędującym konsulem tego kraju w Polsce.

Wreszcie zrobił skok przez granicę, otworzył fabrykę w Rosji, w Biełgorodzie. Tuż przed rosyjską agresją, w ostatniej chwili, wywoził programy komputerowe. Tylko tyle. Ale miał nadzieję, że nie dojdzie do wojny. Rosyjską fabrykę trafił szlag, Krzanowski nie zamierzał współpracować z Moskwą, nawet mu to przez głowę nie przemknęło. Może spłonęła, może legła w gruzach.

Stracił sporo pieniędzy, ale podszedł do tego spokojnie. – Są inne rynki, nie ma czego żałować – powiedział mi ze spokojem. Swoim ukraińskim pracownikom wypłacał pensje, tych, którzy chcieli i mogli wyjechać, sprowadził do Polski. Dla wszystkich organizował pomoc, pomoc humanitarną słał do Charkowa nieustannie. Za własne pieniądze, nie za firmowe.

Właśnie miał odebrać dyplom i podziękowanie rządu Ukrainy. Umówił się już, że przyjedzie w przyszłym tygodniu.

Nic nie wskazywało, że będzie inaczej.

Śmieszna sprawa z rudym kotem

Jeśli się denerwował, to przed wyborami 15 października. Bardzo chciał zwycięstwa demokratycznej opozycji. Nic tak go nie irytowało, jak rządy PiS, nic go tak nie męczyło, jak prowadzenie biznesu w czasach Szydło i Morawieckiego.

Kiedy do Krosna przyjechał Donald Tusk i wyniknęła śmieszna sprawa z rudym kotem, jakiego przygarnęła jego ekipa, przysłał SMS-a: – Ten kot był podobno własnością lokalnego działacza PiS. Awanturuje się, że skradziono mu zwierzaka…

Sam się do polityki nie pchał, ale swoje zdanie o politycznych elitach oczywiście miał. O wyborach do PE nie zdążyliśmy już pogadać.

Czy Tam potrzebne są krzesła?

Dziś rano nadeszła wiadomość, że Jerzy Krzanowski nie żyje. Jego ciało znaleziono blisko domu w Krościenku Wyżnym. Miał 54 lata. Co będzie robił Tam, na górze? Czy tam są potrzebne krzesła i fotele biurowe? Może bardziej ten bar sportowy, ostatni pomysł biznesowy Jerzego, podjęty wspólnie z Robertem Lewandowskim?

No, Stary, będziesz musiał ruszyć znowu głową. Ja wierzę, że sobie poradzisz. A my bez Ciebie?

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną