Planeta lorda Brauna
Braun na fali. Czym uwodzi wyznawców? Kto naprawdę pociąga za sznurki w jego teatrze?
Grzegorz Braun siedzi w poczekalni lotniska Charleroi pod Brukselą, gdy podchodzi do niego mężczyzna i zadaje pytanie rozbrajające swoim bezpretensjonalnym absurdem: czy Yoda z „Gwiezdnych Wojen” był Żydem? Jest początek maja 2015 r., 48-letni wówczas Braun, jeszcze bez charakterystycznej brody, kandyduje właśnie po raz pierwszy na urząd Prezydenta RP. Jest przedstawicielem tzw. planktonu, kompletnie nie liczy się w politycznej rozgrywce grubych ryb. Uzyskuje nieco ponad 124 tys. głosów, co daje mu 0,8 proc. poparcia i ósme miejsce na 11 kandydatów. Przegrywa sromotnie nawet z Januszem Palikotem i Magdaleną Ogórek.
Ale mimo spektakularnej wyborczej porażki tamten rok jest dla Brauna przełomowy. To właśnie wtedy z błąkającego się po skrajnie prawicowym marginesie mało znanego reżysera dokumentów tropiących agenturalne spiski symbolicznie rodzi się postać, którą 10 lat później znamy jako złowieszczego performera, w sondażach ocierającego się o 10 proc. poparcia. Wizerunek nieco szalonego profesora-patriarchy, posługującego się karykaturalnie wysublimowaną polszczyzną i odkrywającego zakulisowe knowania możnych tego świata, wykluł się w maju 2015 r. z nagranego na belgijskim lotnisku filmiku o żydowskich korzeniach bohatera kinowego hitu George’a Lucasa.
Być jak Lord Vader
Z filmu nie dowiadujemy się wprawdzie od Brauna, czy mistrz Yoda był Żydem, czy nie, dostajemy za to 10-minutową egzegezę „Gwiezdnych Wojen”, która miejscami, przyznajmy to, zapiera dech w piersiach zupełnie pokręconym interpretacyjnym rozmachem. To wideo ma dziś 1,3 mln wyświetleń na YouTube, czyli niemal tyle, ile głosów zdobył Braun w tegorocznych wyborach prezydenckich.
„Senatorowie gwarantują swoim mocodawcom, że niczego nie będą rozumieli i zrobią wszystko, czego się od nich oczekuje.