Generacja Z mniej chomikuje niż pokolenie Józefa Hena i Hanny Krall, więc nie wiem, czy piękni dwudziestoletni tak na szybko znajdą jakieś skarby, nagrody, talerze, Noble, puchary i atrakcyjne maskotki, by zaspokoić ujadający narcyzm prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przejrzałam naprędce piwnicę. Mam peerelowski kryształ z miedzianą tabliczką za drugie miejsce w turnieju debla na Warszawiance i dyplom z Bułgarii za singla. Pamiętam, że z Bułgarii przywiozłam różowy kombinezon narciarski dla bobasa (sama byłam bobaską juniorką), bo zwiedzaliśmy jakieś demoludowe zakłady wraz ze sklepem fabrycznym i starsze koleżanki radziły brać puchówki na handel w Polsce. Donald Trump ma w tej kadencji mental bobasa z dużą łopatką, więc może wbije się w te porcięta.
Generacja Z, tzw. dżenzi, niczego nie chomikuje, bo nie ma gdzie. Albo są nomadami cyfrowymi na callach w Indonezji czy Hiszpanii, albo udało się nam ich okraść do gołej kości i właśnie wraz z poliamoryczną gromadką i trzema konsolami zmierzają z walizką kupioną na Vinted w naszą stronę, by się rozgościć na kilka lat oczekiwania, aż mamusia przeniesie się na łono Abrahama. Milenialsi w grodzonych osiedlach też niepodpiwniczeni. Za to mają wyłączony z użycia basen (woda i energia za drogie), a tam głupio trzymać zardzewiałe kije golfowe czy weki z pomidorami nastawione w panice 24 lutego 2022 r. Zresztą nowy amerykański minister zdrowia bardziej kocha rzeźnię (być może numer pięć) niż pomidory, więc weków by nie przyjęli.
Pamięć jest kompletnie wybiórcza, moja działa jak maszyna losująca kule w totolotku. Z pierwszych dni po wybuchu pełnoskalowej wojny pamiętam nerwową pracę umysłu, dzięki której odkopałam w sobie zapomniane pokłady języka rosyjskiego, żeby efektywnie pomagać tułającym się po moim mieście tysiącom kobiet z dziećmi.