Drobny wyimek z dekady urastał w instagramowych relacjach do miana punktu zwrotnego, kresu złotego wieku. Rzekomo wszystko się wtedy popsuło. A przecież było już tak dobrze, nasza codzienność przypominała ilustracje z czasopisma „Strażnica”: jagnię bratało się z lwem, człowiek z człowiekiem, lew z człowiekiem, człowiek z jagnięciem. Aż w końcu Bowie postanowił wrócić na swoją planetę i nastała ciemność.
Choć mój prywatny rok 2016 był niemal od startu rozczarowujący na każdym możliwym polu, prawie w to uwierzyłem. Ot, ludzka kondycja: lubimy się poprzytulać z przeszłością, ta jest bowiem zamknięta i całkowicie rozbrojona. Za to rzeczywistość? Całkowita magma, niebezpieczeństwo, jak w platformowej grze wideo: gdzie spojrzeć, to jakieś zapadnie, kule ognia, ściany naszpikowane kolcami. Lepiej więc ukryć się w wyobrażonym „kiedyś” i dzięki starannej selekcji przekonać samych siebie, że nie miało ono specjalnych wad.
Początek roku szczególnie wzmaga nostalgiczne nastroje i prowokuje do marzeń o „wyspach szczęśliwych”. Zimno jak diabli, chodniki śliskie, a poza tym jest styczeń, więc chciałoby się być gdziekolwiek, byle nie w styczniu. Idzie człowiek do kina na film o wybitnym pingpongiście i, owszem, film wspaniały, tylko ludzie niesubordynowani. Gadają w trakcie, więc pozostaje uprzejmie ich zdyscyplinować. Poza tym trzeba się wybrać na pocztę, co samo w sobie należy do umiarkowanych atrakcji, a tę zamykają jednak o 19. I nie wiadomo już co gorsze: wystać swoje w kolejce czy pocałować klamkę.
Z drugiej strony, parafrazując Wujka Dobrą Radę: klimat był zawsze raczej przeciwko nam, ale to jeszcze nie powód, żeby pogrążać się w nostalgicznej malignie. We wszystkim trzeba zachować umiar, mówi mój wewnętrzny benedyktyn.