Stosunek do języka można mieć zachowawczy albo innowacyjny, jednak nigdy nie należy zapominać, że majstrowanie przy słowach wiąże się z ryzykiem. Czytając wydaną ostatnio powieść Pawła Sołtysa „Monolok”, potknęłam się o zdanie: „Może komuś ślub z wysokim brunetem w Wołdze wywróżyła”. W głowie natychmiast włączyła mi się płyta z pieśnią „Wołga, Wołga, mat’ rodnaja” w wykonaniu Czesława Niemena. „Ki czort?” – pomyślałam. W jednej chwili wypadłam z rytmu opowieści, nastrój prysł. Dlaczego ta kobieta wróżyła w Wołdze, skoro powieść dzieje się w Warszawie, na Grochowie? Jak w ogóle można wróżyć w tak potężnej rzece? Co innego nad Wołgą, ewentualnie na niej – powiedzmy na statku wycieczkowym „Anton Czechow” – ale w Wołdze? Niby jak, na stojąco?
I wtedy przypomniałam sobie, że Rada Języka Polskiego znowu zreformowała nam język. Na miejsce Wołgi, rodnoj mati, od razu wskoczyła mi całkiem inna mać, nawet bardziej popularna. Jeszcze miesiąc temu zdanie z „Monoloka” wyglądałoby tak: „Może komuś ślub z wysokim brunetem w wołdze wywróżyła”. I od razu byłoby jasne, że chodzi o samochód, którym w dawnych czasach wożono partyjnych notabli. Stara zasada była logiczna: nazwę marki piszemy wielką literą, a nazwę produktu tej marki – małą. Na przykład: „W ostatnim roku produkcja samochodów marki Citroën wzrosła”, ale „Przejechałam swoim citroënem tysiące kilometrów”. Niestety komuś to przeszkadzało i zamiast ładu jest burdel. Dla RJP mam za karę ćwiczenie. Proszę poprawnie zapisać zdanie: „Fryzjer męski wybiegł z zakładu, w pośpiechu sznurując ADIDASY”, przy założeniu, że nie były to Adidasy od Adidasa, tylko zwykłe adidasy z bazaru.