Po czteromiesięcznej kontroli MSWiA w Służbie Ochrony Państwa, po tym jak we wrześniu ub.r. ukradziono Lexusa spod domu premiera Tuska, minister Marcin Kierwiński zdecydował o odwołaniu komendanta tej formacji, 45-letniego Radosława Jaworskiego, który był jedynym szefem w służbach pozostałym na stanowisku po poprzednikach z PiS. Jak słyszymy, to, że taka decyzja zapadła dopiero teraz, to błąd zaniechania. Taki sam jak pozostawienie Mariusza Kamińskiego na czele CBA w czasach pierwszych rządów PO. Jaworski został powołany na stanowisko w 2022 r. Z kolei na stopień generalski został mianowany przez Andrzeja Dudę nie w święto formacji, jak to było w zwyczaju, lecz podczas dwutygodniowego rządu Morawieckiego, chwilę przed oddaniem władzy przez PiS. Ponoć często chodził do Dudy, potem do Nawrockiego; jest też w dobrych relacjach z Maciejem Wąsikiem.
Dopiero kradzież Lexusa spod domu Tuska w Sopocie, strzeżonego przez SOP, sprawiła, że poleciały głowy odpowiedzialnych za ochronę, a sam Jaworski został wysłany na zaległy urlop, który potem zmienił na zwolnienie lekarskie trwające do dziś. W połowie stycznia do MSWiA wpłynął jednak list wyższej kadry SOP domagającej się powrotu Jaworskiego. Zostało to odebrane jako wypowiedzenie posłuszeństwa ministrowi Kierwińskiemu. Ten zaś 20 stycznia podjął decyzję o odwołaniu Jaworskiego. Po jej akceptację udał się do Nawrockiego, bo PiS zapisał w ustawie powołującej SOP w miejsce BOR, że zmiany na tym stanowisku mają odbywać się „w uzgodnieniu z prezydentem”. Szef MSWiA przedstawił wyniki kontroli mówiące o niejasnych awansach, wysokich gratyfikacjach „dla swoich”. Prezydent nie wyraził zgody na odwołanie Jaworskiego.
Prof. Włodzimierz Wróbel, sędzia Sądu Najwyższego, uważa, że brak zgody prezydenta wymaga dla swojej ważności kontrasyganty premiera.