Kiedyś wojna była jedną z „ludzkich spraw”. Dziś jest inaczej, bo wyrosły pokolenia, które jej nie doświadczyły, a wszelkie jej oswajanie jest im obce. Również dla mnie wojna jest czymś skandalicznym, o czym „nie chcę słyszeć”. To zrozumiałe, lecz trzeba zdawać sobie sprawę, jakie ryzyko wiąże się z tą nieoczekiwaną naiwnością, owocem długich dekad pokoju.
Bo choć potępiamy wojnę jako taką i chcielibyśmy ją w całości „egzorcyzmować”, jakby nie było ważne, po czyjej stronie jest racja, to przecież taki histeryczny gest nie służy sprawiedliwej i racjonalnej ocenie żadnego konfliktu. Właściwie oprócz filozofów zajmujących się etyką wojny i prawników usiłujących ograniczać najgorsze ekscesy nikt publicznie nie dokonuje etycznych ocen wojny. Wszystko sprowadza się do potępienia zabijania cywilów z ewentualną przymieszką czci dla tych, którzy wojują brawurowo i w słusznej sprawie, będąc z tego tytułu tzw. bohaterami wojennymi.
Nie da się w kilku słowach opowiedzieć, czym jest dyscyplina akademicka zwana etyką wojny, lecz można wskazać na kilka punktów, w których rozmija się z masową wyobraźnią, potoczną wrażliwością i wynikającą z tego publicystyczną i oficjalną retoryką. Zaiste etyka wojny to osobliwa dziedzina oparta na oburzającym założeniu, że będziemy oceniać masowych zabójców (bo na tym polega prowadzenie wojny, również tej całkowicie obronnej i sprawiedliwej), mając na uwadze, kto z nich zasługuje na pochwałę z racji tego, że miarkuje się w zabijaniu i ma bardziej zasługujące na wyrozumiałość powody, aby zabijać. O to chodzi w etyce wojny: kto jest mniejszym zbrodniarzem.
Albowiem nie ma wojny bez zbrodni – każdy, kto prowadzi wojnę, popełnia zbrodnie, łącznie z bohaterami stającymi na cokołach z powodu swych zabójczych dokonań.