Na ekrany i ekraniki wjechał właśnie nowy odcinek thrillera „Z Archiwum Epsteina”. W dzisiejszej kulturze dopaminy o takich produkcjach pisze się na zachętę, że miażdżą, mielą mózg, wywalają w kosmos itd. Nakręcony z hollywoodzkim rozmachem serial dla dorosłych, następca kultowego „Z Archiwum X”, przenosi hitchcockowską sztukę suspensu na wyższy poziom: nie tylko nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy, ale też ile odcinków pozostało do końca, jaka jest pełna obsada i kiedy spodziewać się następnych premier. Grafik emisji zdaje się korelować z intensywnością płomieni pod pleno titulo siedzeniem pewnej wielkiej i pięknej zaatlantyckiej figury, którą ostatnio mocno parzy ICE. Krążą też przypuszczenia, że współproducentem „Z Archiwum Epsteina” może być tajemniczy gracz kryjący się za trzyliterowym skrótem FSB.
Fabuła „Z Archiwum Epsteina” wykorzystuje teorie spiskowe podobnie jak „Z Archiwum X”. W serialu z lat 90. agenci federalni Fox Mulder (David Duchovny) i Dana Scully (Gillian Anderson) tropili spisek służb, które w tajemnicy eksperymentują na kosmitach, by doskonalić technologie wojskowe. Komu to służy, nie jest jasne, ale czy teorie spiskowe nie są właśnie po to, żeby się wciąż gmatwały? „Z Archiwum Epsteina” eksploatuje z kolei teorie o spisku skorumpowanych liberalnych elit, w tym teoryjkę o międzynarodowej siatce pedofilskiej, do której mieliby należeć czołowi przedstawiciele amerykańskich Demokratów.
Na początku się wydawało, że archiwum Epsteina będzie działać na korzyść zwolenników Donalda Trumpa, jednak tak nie jest: Trump pojawia się w nim dużo częściej niż Bill Clinton. Najbardziej zajadli członkowie wojujących plemion skaczą sobie do gardeł, próbując dowieść, że sprawa Epsteina zaorała tych drugich, jednak powoli przeważa opinia, że „Z Archiwum Epsteina” demaskuje cały establishment.