Jestem pod wrażeniem rozpadu Polski 2050 i myślę sobie, że po części wynika on z nadziei na powstanie nowej wersji „trzeciej drogi”, czyli partii „dla sierot po PO-PiSie”, jak to się dawniej mówiło. I mnie się wydaje, że Nowa Partia (nazwijmy ją sobie roboczo w taki sposób) jest potrzebna, lecz nie jako „alternatywa” czy przybudówka, lecz jako nowa siła polityczna, z którą mogłaby się identyfikować klasa średnia.
System liberalnej demokracji wyrósł na podłożu demokracji stanowej, która polegała na tym, że każda z wielkich grup społecznych (stanów) miała reprezentację w parlamencie. Nikt nie podważał tego, że w polityce każdy ciągnie w swoją stronę, a jednak zniknęły stany, cenzusy majątkowe, a nawet specjalne gwarancje dla reprezentacji politycznej mniejszości narodowych i religijnych. W puste miejsce po różnych starszyznach stanowych weszły zaś partie polityczne.
Są to twory ideowo hybrydowe, rozpięte między aspiracjami do działania w interesie grupowym oraz w interesie ogólnospołecznym i ogólnopaństwowym. Paradoksalnie, żeby przejąć władzę i rządzić, partia musi być jednocześnie partykularna, czyli reprezentować silną i aktywną wyborczo grupę społeczną, oraz uniwersalna, czyli przynosić (albo obiecywać) korzyści dla wszystkich. Jeśli chce się to robić skutecznie i wygrywać wybory, trzeba mieć wielką bazę społeczną i dodatkowo jakieś hasła podobające się znacznej większości społeczeństwa. Jednakże w systemie partyjnym jest miejsce również dla mniejszych ugrupowań, które nie liczą na zwycięstwo, lecz jedynie na współrządzenie w koalicji. Takie mniejsze formacje mogą być bardziej odporne na imperatywy i pokusy populizmu, bardziej obywatelskie i bardziej otwarte na podpowiedzi specjalistów.
Platforma Obywatelska narodziła się jako taki projekt, lecz stała się wielką partią odpowiadającą za kraj, a więc i za to, by nie oddać władzy populistom.