Czy istnieje coś bardziej pretensjonalnego niż nazwy współczesnych operacji wojskowych? To nie fair wobec zabitych i rannych, ale wyznam, że na wieść o „Epickiej Furii” i „Ryczącym Lwie” wybuchnęłam śmiechem. W takich chwilach król jest nagi: polityka międzynarodowa okazuje się joystickiem w rękach chłopców z przerośniętym gruczołem ego, typów odpowiedzialnych za wszystkie „epickie” rzezie w historii. Dlaczego ludzkość wciąż nie potrafi unieszkodliwiać swoich wodzów, zanim się rozhulają? Zagadnienie nierozstrzygalne jak unde malum (łac. skąd zło). Do tego stopnia, że media w ogóle nie poświęcają tej kwestii uwagi. Bo i po co debatować o czymś, co wymaga spokojnego argumentowania (reklamodawcy nerwowo pokasłują)? Lepiej podkładać dramatyczną muzykę pod migawki z płonącego Teheranu i generować popłatne emocje (święte słowo marketingu), przede wszystkim strach. Strach sprzedaje się lepiej niż seks. Smutne to, ale przynajmniej czuję się zwolniona z wyrzutów sumienia za swój śmiech z językowej inwencji tyranów. Bo zawsze lepiej się śmiać, niż się bać.
Telewizje informacyjne też się nie boją. Podchodzą do katastrof z wielkim entuzjazmem. Wojna to dla nich perpetuum mobile: interes kręci się sam i nie trzeba się biedzić nad zapełnianiem ramówki politykami krajowego chowu. Zamiast konfrontacji partyjnych przekazów dnia w kółko leci klip z patetyczną muzyką i czarnym dymem; reporter w wejściach na żywo hojnie dzieli się swoją niewiedzą i molestuje Polaków napotkanych w miejscu zdarzenia, żeby opowiedzieli, co czują; oszczędnie dozowani eksperci od tego i owego wyjaśniają i zaciemniają, a czerwony pasek krzyczy, że koniec świata jest bliski. Nadaje się tej kołomyi nazwę „program specjalny” i tym sposobem redakcja ma święty spokój.