Pierwsze dni Przemysława Czarnka w zaszczytnej roli kandydata PiS na premiera najlepiej chyba opisuje fraza inżyniera Diatłowa z serialu „Czarnobyl” tuż przed wybuchem reaktora: „Not great, not terrible” – ani wspaniale, ani strasznie, ot, tak sobie, średnio na jeża. Źle nie jest, bo Czarnek z całą pewnością jest wyrazisty, pewny siebie, rubaszny, po miesiącach wizerunkowego bezkrólewia daje wreszcie Prawu i Sprawiedliwości twarz. Gorzej dla partii Kaczyńskiego, że jest to twarz większości Polek i Polaków już dobrze znana i niekoniecznie dobrze kojarzona.
Pal sześć, że szczególną niechęcią darzą go głównie wyborcy lewicowo-liberalni i centrowi, bo ten elektorat partii Kaczyńskiego dziś nie interesuje. Problemem jest jednak fakt, że co najmniej mieszanymi uczuciami darzą Czarnka również zwolennicy Konfederacji i Korony Grzegorza Brauna, pamiętający byłego ministra edukacji przede wszystkim jako wspólnika Mateusza Morawieckiego w rozmaitych „zbrodniach” rządu PiS, z wprowadzaniem „covidowego zamordyzmu” i pomocą Ukrainie na czele. Stąd niespecjalnie dziwi fakt, że w sondażu Opinii24 63 proc. ankietowanych nie chce, by Czarnek został premierem, w badaniu United Surveys 58 proc. negatywnie ocenia jego nominację, a IBRiS pokazuje, że 55 proc. ankietowanych czuje do niego niechęć.
Tym z wyborców skrajnej prawicy, którzy mogliby poczuć nieco sympatii do pozującego na radykalnego ludowego trybuna Czarnka, pamięć szybko odświeżył lider Konfederacji Sławomir Mentzen, który nazwał kandydata PiS „rzecznikiem Kaczyńskiego” i zadał mu kilka pytań: „Jak oceniasz politykę covidową PiS?”, „Zamknąłbyś ponownie szkoły? A co myślisz o zamknięciu kościołów?”, „Nowy Ład był dobrą reformą?