Wielkanoc to święto nadziei i nabiału, ale skupmy się na pierwszej z tych wartości. Jej prawdziwą lekcję dała nam tuż przed świętami piłkarska kadra. Wyobraźmy sobie bowiem, że pobiliśmy Szweda i myślami już jesteśmy na lotnisku w Houston. O czym byśmy dumali przy wielkanocnym stole wobec milczącej akceptacji jajek i majonezu? O tym, „jak to będzie w tej Ameryce” i „gdzie znaleźć tani nocleg”? To prozaiczne urlopowe dywagacje, raz się jedzie zwiedzać Międzyzdroje, a raz Minneapolis, ot, życie. Może więc wymienialibyśmy się uwagami na temat naszych szans na wyjście z grupy? W obliczu wyjazdu Polaków na mundial nie byłoby to jednak żadne trwanie przy nadziei. Trener Urban i jego piłkarze podarowali nam na te święta coś więcej – kanister metafizycznego paliwa, które uwzniośla i odrywa od doczesności, zgodnie z wielkanocnym obowiązkiem.
Przegraliśmy najważniejszy mecz od dawna, grając najpiękniejszy futbol od dawna. Straciliśmy szansę, by pomścić paulinów bohatersko broniących Najświętszej Panienki w roku 1655. A gdyby tego było mało, mecz wypaczył na naszą niekorzyść inny Słowianin. Mieliśmy więc asumpt, by poczuć się znów niezrozumiani, potraktowani haniebnie. I by na nowo uruchomić młyny mętnej historiozofii, a potem szukać ratunku.
Dzięki temu jest szansa, że spod tych wszystkich reakcji w stylu „Co z tym Grabarą? Chłop jest elektryczny jak węgorz!” wychynęła w ostatnich dniach odrobina nadziei. Choćby na to, że może zagramy jeszcze kiedyś na mundialu, że los się odmieni, że dostaniemy to, co się nam należy jak psu kość. Mistrzostwa świata w 2030 r. to perspektywa dość odległa i nie wiadomo, czy będzie wtedy jeszcze jakiś świat, w którym można „mistrzować”. Ale ćwiczenie się w nadziei wydaje się dzięki temu bardziej wskazane niż kiedykolwiek.