Do spektakularnych wydarzeń historycznych, w których uczestniczyłam, należały stan wojenny i rozwałka muru berlińskiego. Tej ostatniej dokonał oczywiście jednym kopnięciem nasz wielki Polak elektryk. Zapamiętałam propozycje kulinarne tamtych czasów. Raz w roku partyjna dyrektorka mojej podstawówki wkraczała do klas, przerywała lekcje i każde dziecko otrzymywało coś w rodzaju dużego plastikowego słoika, a w nim pomarańczę i niejadalne konfiety. Dziś myślę, że mogły być to pomarańcze z Krymu. Wiedząc o pustych półkach u sąsiadów przez mur, zachodni Niemcy podczas listopadowego szaleństwa w 1989 r. z ciężarówek rzucali w enerdowców bananami i pomarańczami.
Dziś cytrusy w sklepach się przejadły i wypada mieć całe drzewko pomarańczowe, nawet gaj. Na warszawskim Powiślu w kawiarni Milkbar kolejka nabotoksowanej ludzkości z psieckami w sweterkach od Prady wije się po obłędnie smaczne syrniki (ukraińskie słodkie paluszki serowe ze śmietaną) i kawę z sokiem ze świeżej pomarańczy. Tzw. orange espresso, wynalazek ukraiński, który nauczyłam się pić od przyjaciela z Kijowa, wyparło matcha latte. Im bliżej upadku twierdzy Donbas, tym bardziej Lwów przenosi się do Warszawy, a Warszawa migruje na Sycylię i Teneryfę. Warszawiacy nie mogą już tylko protekcjonalnie narzekać na to, jak „nasza Ukrainka” myje okna przed świątecznymi śniadaniami, bo Ukraińcy to już często nasi pracodawcy. Niekoniecznie na budowie. Zdarza się, że duma rodziny, nasz Jaś czy Małgosia, dostali się u naszej pani doktor z Iwano-Frankowska na praktyki chirurgiczne w szpitalu powiatowym.
Pomarańcze może są, ale dobra żona czy kochanka nie serwują ich już ładnie obranych i pokrojonych mężowi do meczu czy przed pracą. Samotni mężczyźni chorują na depresję, zapadają się wraz ze swą dną moczanową i otyłością brzuszną w manosferę, w której lamenty gremialnie się wsłuchujemy.