Żyję już tak długo, że algorytmy wyświetlają mi reklamy koncentratu do czyszczenia protez, więc naprawdę mało co potrafi mnie zadziwić. A jednak szczęka wypadła mi na podłogę, kiedy przysłuchiwałam się porannej audycji w rozgłośni informacyjnej, gdzie pierwszoligowa dziennikarka polityczna rozmawiała z europosłem Robertem Biedroniem. Tematem było wewnętrzne rozdarcie rządu spowodowane obowiązkiem transkrypcji jednopłciowych małżeństw zawartych za granicą, potwierdzonym w marcu przez Naczelny Sąd Administracyjny po konsultacji z TSUE.
Już wcześniej dało się zauważyć, że obowiązek ten wpędził nasz rząd w stan trwożnego rozedrgania. Cała Polska przygląda się od pół roku, jak premierem i jego ministrami targają trudne emocje, bardzo podobne do tych, przez które przechodzi się w procesie żałoby. Najpierw można było zaobserwować szok, zaprzeczanie i złość. „Nikt nam niczego nie będzie dyktował” – deklarował Donald Tusk na tym wczesnym etapie. Następnie przyszła kolej na próby negocjowania tego, co nienegocjowalne – to wtedy rząd powołał specjalną komisję do zawężenia skutków wyroku TSUE do jednej pary. Było to zadanie od początku niewykonalne, co potwierdza m.in. prof. Jan Barcz, wybitny specjalista od prawa Unii Europejskiej, jednak ludzie w żałobie nie widzą jasno.
Potem Rada Ministrów przeszła do stadium cichej rezygnacji – mniej więcej w tym czasie, kiedy przed KPRM odbyła się demonstracja Fundacji Basta wzywająca do wdrożenia wyroków TSUE i NSA, której przybity smutkiem rząd nie miał nawet siły skomentować. O ile nic nie zakłóci procesu, ostatnim etapem powinno być pogodzenie się z wymogami praworządności. Bo jak pisał Czesław Miłosz: „Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna”. Trzymam kciuki za szczęśliwy finał.