Z głębokości niewyspania wołam do was, mili państwo. Po nocy bezsennej w najgorszym możliwym wydaniu, bo nie o przyczyny zawodowe, towarzyskie czy romantyczne tu szło. Ot, po prostu, trzeba czasem przeżyć te kilka godzin. Jest jednocześnie za ciepło i za zimno, kołdra a to jest zbyt szczelna, a to nazbyt watowata. Brak też jednoznacznego stanowiska co do jej rozmiarów.
Zaczyna się, nomen omen, niewinnie. Piaskowy dziadek mija już rogatki miasta, za chwilę zabierze mnie magicznym szynobusem w stronę nigdy nienapisanych piosenek Smashing Pumpkins czy nieistniejących filmów z Pacino i De Niro, utkanych w całości ze scen jak ta z „Gorączki” Manna. Duży jestem, nie panikuję, mam jeszcze siedem godzin snu.
Kiedy okazuje się, że zostało sześć godzin, ciągle nie brzmi to jeszcze najgorzej. W związku z pracą oraz zainteresowaniami myślę o teleturnieju „Gęś” Wojciecha Pijanowskiego, w którym można było wygrać wiadome ptactwo gospodarskie. Potem o telewizji w czasach Gierka. Następnie o efemerycznym pierwszym sekretarzu KC Stanisławie Kani. Wreszcie – o nazywającym się identycznie i urodzonym w tym samym roku partyzancie, którego pseudonim nie nadaje się do zacytowania. Leżę cierpliwie i zabawiam sam siebie ciekawostkami z odmętów, żyć nie umierać.
Zegar tyka (pięć godzin do pobudki!) i zaczyna się pokaz samobieżnych slajdów. Rok 2005, gram postać tytułową w szkolnej adaptacji „Króla Leara”. Pracownik teatru zbyt wcześnie włącza reflektor, zostaję „przyłapany” przez ponad 200 osób na planowanej zmianie kostiumu, która dokonuje się na scenie. Wstyd okrutny, sromota, dlaczego ja jeszcze chodzę po ulicy bez ciemnych okularów? Rok 2003, wigilia klasowa i „tajny Mikołaj”. Kupuję koleżance, którą wylosowałem, paczkę makaronu.