Całkiem nowy mecz
Lepiej leżeć, niż się przewrócić? Tusk nie wykonuje śmiałych ruchów. To może nie wystarczyć
Majowy „zamach” w krakowskim ratuszu pokazał, że mniejsza frekwencja wystarcza, aby odwołać werdykt dokonany przy większej frekwencji. Co oznacza, że przy takiej polaryzacji jak teraz w Polsce zdeterminowana mniejszość może odwołać niemal każdego prezydenta czy radę miasta. Zatem raczej nieskuteczne jest nawoływanie do absencji, należałoby zachęcać do pójścia do urn i wspierania urzędującego prezydenta. Ale to z kolei oznaczałoby de facto normalne wybory samorządowe, które mogłyby się odbywać dowolnie często, co wygląda absurdalnie.
Te dziwactwa prawa referendalnego nie oznaczają jednak, że KO nie ma problemu, zwłaszcza że według exit poll co czwarty przeciwnik prezydenta Miszalskiego głosował w zeszłym roku na Rafała Trzaskowskiego (więcej o sytuacji po referendum w tekście „Krakowski kocioł”). Wciąż jednak nie widać refleksji, że styl i jakość rządzenia obecnej ekipy, także w samorządach, nie wystarczą za rok do przedłużenia władzy, a widzą to niemal wszyscy – wrogowie i zwolennicy. O co tu chodzi?
O nic dużego nie chodzi
Przyczyna może tkwić głębiej, niż się wydaje. Niedawno ministra w rządzie Donalda Tuska ujawniła, że premier wyklucza zmiany w systemie emerytalnym, ponieważ – jak miał oświadczyć – „przez taką reformę w przeszłości sparzył się i przegrał wybory”. Tamta reforma była dla Tuska szczególnie traumatycznym doświadczeniem, a jej skutki wykroczyły daleko poza temat emerytur, wpłynęły na brak później jakiegokolwiek dużego programu społecznego. Tusk, który często powtarzał, że nikt go nie namówi na „bolesne reformy”, zaczął od tej może najboleśniejszej, a pieniądze, których nie wydał przed 2015 r.