Opowiem wam bajkę, jak… smok palił cygaro. Czasem robił to w zaciszu domowym, czasem w magistracie, zdarzało się, że na wizji. Smok był prawdopodobnie wielkim hipnotyzerem. Przez 22 lata rządził i dzielił, niespecjalnie niepokojony przez mieszkańców. Ci bowiem uwierzyli, że nie ma żadnej alternatywy. Aż wreszcie smoczysko, znużone odwiecznym smoczeniem, opuściło jamę i udało się na zasłużoną emeryturę.
Po nim zapanował smok młody, pełen werwy. Zamiast wymachiwać cygarem, nagrywał filmiki na Instagramie, uśmiechał się, tańczył. „O co nam chodziło z tym starym smoczyskiem? – pytali mieszkańcy. – Już dawno powinniśmy postawić na młodego!”. Ten jednak wkrótce objawił swoją prawdziwą naturę – na każdy filmik instagramowy przypadał jeden wielkopański gest. Mnożyli się jak mrówki nowi kasztelanowie. Z miejskiego mieszka co rusz ginęły kolejne monety.
Jak widać, baśń ta rozgrywa się w Krakowie. Jestem winien państwu te wyjaśnienia, statystyka jest bowiem nieubłagana – większość Polek i Polaków nie mieszka w stolicy Małopolski (z drugiej strony: nie mieszka też w stolicy Polski, a mimo to kontakt z rodzimymi mediami nasuwa przeciwny wniosek). Piszę do państwa jako krakowski obywatel, podatnik, ba, sympatyk. To mój dom, z wyboru, nie zostałem przykuty łańcuchem do Kościoła Mariackiego ani wmurowany w Bramę Floriańską. To, co wydarzyło się w związku z niedawnym referendum, to moim zdaniem dowód powszechnej deziluzji. Czar starego smoka, który notabene właściwie namaścił młodego na swojego następcę, zwyczajnie przestał działać.
Trzeba państwu wiedzieć, że aby zmienić coś w Krakowie, mieście zastygłym w bursztynie sprzedawanym na staromiejskich straganach, nie wystarczy dokonać drobnych korekt. Żeby zmienić coś w Krakowie, trzeba… zmienić naprawdę sporo.