Modnym terminem w Najjaśniejszej jest ostatnio „rotacja”. To oczywiście za sprawą codziennie świeżych decyzji podejmowanych przez prezydenta Donalda Trumpa i krzyżowca tatuażysty Pete’a Hegsetha. W dodatku narracja administracji amerykańskiej jest, delikatnie mówiąc, w dużej kontrze do stylu takich noblistów jak Tomasz Mann czy László Krasznahorkai.
Moje pokolenie pamięta absurdalno-komediowy serial „M*A*S*H” o lekarzach i lekarkach podczas wojny w Korei. Czekam na polską wersję z Drawska Pomorskiego lub Bemowa Piskiego. O atrakcyjnych amerykańskich chłopcach w modnych noktowizorach, robiących zakupy w Żabkach i korzystających tam z promocji ze zdrapką, i o mazurskich zbieraczkach jagód trafiających a to na połamane drony, a to na zagubione pojazdy automatyczne próbujące odebrać im cnotę lub pizzę w Piszu. Jako osoba, dla której ADHD i logorea narracyjna są naturalnym środowiskiem, czuję się w chaosie rotacji jak ryba w wodzie. Trumpizm stosuje zarządzanie przez chaos, więc dawne hasło Unii Demokratycznej „Siła spokoju” raczej się nie przebija.
Przeżyjmy to jeszcze raz. Najpierw gruchnęły wieści, że Trump obraził się na Niemców i zabierze im chłopców, dziewczyny i wszystkie nieodkręcone jeszcze przez niego płcie z którejś bazy. Ależ euforia, prawda? Chyba wiemy, że po pierwsze, to na złość Rudemu Donaldowi, a po drugie, nic tak nie cieszy jak klęska tych strasznych Szwabów.
Po trzecie, biorąc pod uwagę poczynania Amerykanów w Afganistanie czy Iranie, może lepiej by było, gdyby skupili się na pomaganiu starszym osobom w przechodzeniu przez jezdnię, handlu kurtkami bomberkami lub wprowadzaniu bioróżnorodności do europejskich genotypów za pomocą zbliżeń podczas przepustek. Bo z realizacją celów różnie bywa: a to się ewakuują, porzucając Afganki na pastwę talibów, a to zbombardują szpital czy zagłodzą Gazę.