Narodziny akademickiej humanistyki z ducha biblijnej egzegezy i encyklopedycznych zapałów głęboko przeobraziły życie umysłowe Zachodu. Zastępy filologów i historyków od połowy XIX w. produkują góry esejów, artykułów, monografii, słowników, orząc mieszczańskie mózgi zrazu greczyzną i „rzymizną”, a potem już wszystkim jak leci. Od kultury renesansu po życie płciowe dzikich. Od czarów monastycyzmu po nieprzyzwoitości awangardy. Urosła nad nami góra twórczej i przetwórczej produkcji ludzi pióra. My wszyscy z nich – z pracowitych szperaczy, erudytów, efekciarzy, egzaltowanych strażników dziedzictwa, sceptycznych malkontentów, podnóżków władzy i obrazoburców. To oni nakręcili te katarynki, które mamy w głowach, nasze białkowe „modele językowe” do paplania o ideach i „własnym zdaniu”.
Tylko że cała ta góra dawno już nas przytłoczyła i znudziła, ostatecznie okazując się nie żadnym tam Parnasem, lecz hałdą, wysypiskiem, na które wstydliwie odsyłamy kolejne partie nieprzeczytanych, skolonizowanych przez roztocza książek z naszych domowych bibliotek. Nic już nie znaczy napisanie kolejnej, nie mówiąc już o przeczytaniu. Za dużo tego. Zresztą po co się wymądrzać, skoro każdy ma „chata” i może robić to niegorzej od nas. Humanistyka nie karmi się już snobizmem ani sama go nie karmi. Ta machina się zacięła.
Gdy wyciągam z półki „wielkie dzieła”, ot tak, na chybił trafił, aby się przekonać o niezrównanej potędze ducha owych karłów, co to stały na barkach olbrzymów, a nawet samych olbrzymów we własnych starożytnych osobach, to szybko odkładam je z powrotem. Lekko zmieszany i odrobinę poirytowany. Jakież to na ogół słabe i jakież naiwne! Albo napuszone. Albo przemądrzałe. Ściema, ściema, ściema! Tak to się dziś swojsko nazywa.