Nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnimi laty każde z nas zapoznało nowego kolegę albo koleżankę, a nawet zyskało prawdziwego przyjaciela. A wszystko to dzięki brain science i jej naukowej siostrze kognitywistyce, które rozsiały pośród ludów ziemi tę wspaniałą nowinę, że oto każde z nas, nawet nie wiedząc o tym, nosi w sobie nadziane na lancę kręgosłupa wspaniałe przedpotopowe stworzenie.
Niczym rozwijający się embrion mózg ma swoje warstwy – pamiątki po kolejnych etapach ewolucji. A najbardziej fascynujące jest to, że gdzieś bardzo głęboko siedzi w nim prymitywny gad znający jedynie głód, strach i tępą wolę przetrwania, podczas gdy ledwie po wierzchu – niczym lukier na cieście – ma taką „substancję szarą” w „korze czołowej”, w której tyle prądów biegnie i się krzyżuje, aż z tego niczym poświata nad rozjarzonym miastem unosi się świadomość, a wraz z nią boski rozum i prawe sumienie. Lecz wbrew tej zwodniczej jasności, w ciemnych i wilgotnych odmętach mózgowia dziką swą władzę dzierży ów gad – nieustępliwy i bestialny.
Nowość w naszym rozumieniu samych siebie polega na tym, że nasze mózgi w ostatnich dekadach mocno się wyemancypowały, ulegając swoistej personalizacji, i niczym niewidzialne dusze dla starożytnych stały się dla nas partnerami do rozmowy, a nawet partnerami życiowymi. I jak to z partnerami bywa – musimy się liczyć z ich potrzebami i różne rzeczy z nimi negocjować.
Może to dobrze, bo teraz każde z nas jest właścicielem i hodowcą takiego wewnętrznego pieska, dzięki czemu nikt naprawdę nie jest już na świecie sam. Musi tylko o niego dbać, zgodnie z zaleceniami „higieny mózgu”. Piesek musi się wyspać, trzeba go wyprowadzać na tereny zielone, za to nie wolno go przegrzewać, a już zwłaszcza nie należy poić go wódką.