Filozofia polityki bardziej niż jakakolwiek dyscyplina filozofii zasługuje na skwitowanie jej słowami Whiteheada, że wszystko to są tylko przypisy do Platona. Nie licząc anarchistycznych skrajności, cała jej historia jest apoteozą państwa. Republiki czy monarchii, bardziej czy mniej demokratycznej, ale zawsze – rzeczpospolitej. W ramach tej wielkiej pochwały państwa jako najwyższego dobra – wspólnoty politycznej, dzięki której człowiek wyszedł z dziczy bezprawia, nieodmiennie wychwala się cnoty obywatelskie i zaangażowanie w sprawy ojczyzny, samemu zaś państwu przypisuje suwerenność jako jego wartość nadrzędną i najwyższe dobro.
Obrona suwerennego państwa i zabezpieczenie obywateli jest w myśl tradycji właściwie tym samym. Utrata życia i utrata państwa to jakby dwa wymiary najwyższego politycznego zła, a bezpieczne prosperowanie jednostki i szczęście ojczyzny to nieodłącznie sprzężone ze sobą najwyższe dobra. Dlatego jednostka musi służyć całości jako dobry, zaangażowany w sprawy wspólne obywatel, a władza (rząd) ma wszelkimi środkami bronić swej suwerenności.
Paradoksalnie więc ganiony w przypadku pojedynczego człowieka egoizm w przypadku państwa jest, co do zasady, uprawniony. Dobre zaś ułożenie relacji między obywatelami i rządem (bądź monarchą) powinno polegać na reprezentowaniu i służbie. Sprawujący władzę są na służbie narodu (ogółu obywateli) i mają za zadanie kierować się jego dobrem (z respektem dla ich praw i swobód). O ile zaś władza jest demokratyczna, o tyle służąc narodowi, powinna odzwierciedlać w swojej strukturze i w swojej działalności poszczególne jego odłamy. Ten niemalże uniwersalny schemat służy retoryce politycznej demokratów, populistów, liberałów, konserwatystów, słowem – niemal wszystkich, którzy pałętają się po politycznej scenie w poszukiwaniu zarobku, sławy i władzy.