Afera z niefortunną pełnomocniczką rządu do spraw marki Polska jest zbyt straszna, żeby się śmiać, i zbyt śmieszna, żeby traktować ją na serio. No i może o to właśnie chodzi, że nic nie jest na serio! Nikt poważnie nie traktuje ani marki Polska, ani stanowiska pełnomocniczki do jej spraw, ani tego, kim mianowana pełnomocniczka była i jest. Ona zaś nie traktuje poważnie tego, co robi, co mówi, a nawet tego, pod czym się podpisuje. I chyba samej siebie w ogólności.
Nieszczęsny „Polaków portret własny. Raport z badań DNA marki Polska – perspektywa wewnętrzna” już samym swym durnym tytułem zapowiada hucpę. Jest miazmatem wszystkich patologii akademickich, urzędniczych i politycznych, które miały fantazję spotkać się pod tym prześmiewczym szyldem. Rzecz nawet nie w tym, że ten śmieć został napisany przez jakiś tani model językowy AI. Rzecz w tym, że nikt tego nie przeczytał przed publikacją, o czym dobitnie świadczą zawarte tam brednie. Dosłownie nikt. Oczywiście wynikło to z przekonania, że takie barachło produkuje się wyłącznie pro forma i pro pecunia, więc nikt tego nie czyta z zasady.
A może to tylko przypadek? Ot, zdarzyła się taka jedna niefrasobliwa pani doktor, która niefrasobliwie została uczyniona sekretarzem stanu. Tyle tylko, że w tej żenującej sprawie mamy do czynienia z całym szeregiem osób, które powinny były zajrzeć do nieszczęsnego „raportu”, a po zajrzeniu alarmować. Nikt niczego nie sprawdzał – i poszło. A teraz mamy klęskę wizerunkową na odcinku promocji wizerunku. No, tego by sam autor „Komedii omyłek” nie wymyślił.
Żyjemy w czasach strukturalnej fikcji. Nic się nie liczy i nic nie jest poważne, skoro wszystko jest tylko grą pozorów, uwodzeniem i zgrywą, i to pod dyktando algorytmów.