Turystyka to jeden z wielkich wynalazków XIX w. Trzeba było całej romantycznej rebelii, aby dopuścić taki skandal jak jeżdżenie bez celu. Bo dawniej nawet włóczęga przemieszczał się z jakichś względnie racjonalnych powodów – w poszukiwaniu dorywczej pracy albo jałmużny. Zamożni podróżowali zaś ze względów zawodowych, religijnych lub zdrowotnych. Lecz nie dla „zwiedzania” ani „wypoczynku”. Byłoby to doprawdy zbyt błahe i płoche. Dopiero wielkopańska „Bildungsreise” – podróż studyjna młodego człowieka na południe Europy – miała w sobie już posmak wakacyjno-turystyczny.
Jednakże tak naprawdę „jeżdżenie po nic” wymyślono dla rozkręcenia różnych biznesów podróżniczych, z których wyrosnąć miały agencje turystyczne, wielkie hoteliska i inne przybytki. I udało się! Doszliśmy do tego, że zwiedzanie świata stało się jedną z podstawowych potrzeb mieszczańskich. Kto nie zwiedza, ten trawi życie w nudzie i marazmie, jak jaki polip przytwierdzony do dna egzystencji. Szczęście jest tam, gdzie nas nie ma. A w każdym razie tam, gdzie jest jakaś lepsza odmiana nas samych. Warto jej szukać choćby na końcu świata!
Darmo jednak uciekamy od siebie, biorąc całego lub całą siebie ze sobą (bo inaczej się nie da), bez powodzenia szukamy szczęścia i wrażeń, coraz dalej i dalej, coraz częściej i częściej. Turyzm stał się obowiązkiem, natręctwem i obsesją. Stał się jedną z naszych życiowych prac do wykonania, letnią urlopową męką, odcierpianą w ścisku, gorącu i umęczeniu.
Z rzadkiego dziś punktu widzenia wyniosłego arystokraty ducha wygląda to groteskowo i strasznie. Oto spocony tłum niewydarzonych dorobkiewiczów i ambicjonerów, popychany przez poganiaczy, przesuwa się przed fasadami dumnych pomników przeszłości, przed arcydziełami ludzkiego geniuszu i wszelkimi cudami stworzenia, nie rozumiejąc z tego nic a nic, kompulsywnie robiąc zdjęcia, w nadziei ważnego przeżycia, którego tu, na miejscu, całkiem brak, a w końcu rzucając się do kupowania pamiątek i „korzystania z toalet”.