Książka Anne Carson „Słodko-gorzki eros” wpadła mi w ręce dziesięć lat temu. Zaintrygowało mnie pierwsze zdanie, a właściwie dwa: „To Safona pierwsza nazwała erosa słodko-gorzkim. Nikt, kto był zakochany, nie będzie się z nią spierał”. Nie zamierzałam się spierać. Zabrałam książkę na wakacje do Skala Eresou, miejsca narodzin Safony na wyspie Lesbos, i przeczytałam na plaży pośród opalających się kobiet. Ugodziła mnie mocno, znienacka, jak Eros z przedpiśmiennych czasów, kiedy był jeszcze potężną, dziką siłą zdolną łamać dęby, a nie pulpeciastym amorkiem o złośliwych oczkach. Napisany przez poetkę esej o greckiej teorii pożądania, której zarysy przechowały się w starożytnej literaturze i na malowanych wazach, łączył przeciwne bieguny. Był namiętny i powściągliwy, o erotyzmie opowiadał językiem geometrii, kochanie żenił z pisaniem i myśleniem, seks z lekturą. Był wehikułem rozkoszy poruszanym energią metafor, paradoksów i kalamburów.
Z niezrównanym wdziękiem prezentował oprzyrządowanie greckiego gabinetu erotycznych tortur. „Przyjęta przez greckich poetów fizjologia doświadczenia erotycznego zakłada, że eros jest wrogi w intencji i szkodliwy w skutkach” – pisała Carson. W poezji greckiej w odniesieniu do erosa pojawiają się „metafory przekłuwania, miażdżenia, kiełznania, przypiekania, żądlenia, kąsania, ścierania, ścinania, trucia, przypalania i mielenia na proch”, dając „skumulowane wrażenie głębokiej obawy o własną integralność i kontrolę nad ciałem”. Grecy bali się miłości i zalecali unikać jej jak choroby. Z wyjątkiem dwóch osób – poetki Safony i myśliciela Sokratesa.
W najważniejszym fragmencie „Słodko-gorzkiego erosa” Carson pisała: „Twoja historia, mówi Sokrates, rozpoczyna się w chwili, kiedy wchodzi w ciebie Eros.