Krótkie ujęcie: policjant odprowadza podirytowanego obywatela spod drzwi Sali Kongresowej. Słychać jakieś mgliste tłumaczenia, kwitowane oschłym „Ma pan bilet?”. Oczywiście, że nie ma. Naród ruszył bowiem ławą, by zobaczyć Anatolija Kaszpirowskiego. Zobaczyć i dać się uzdrowić. Materiał „Polskiej Kroniki Filmowej”, z którego pochodzi wspomniany fragment, nosi tytuł „Głód nadziei”. Trudno nie pochwalić twórców za umiejętność mapowania nastrojów. Był rok 1990, dopiero wprawialiśmy się we wczesnotransformacyjnej desperacji, a już potrafiliśmy ją nazwać. Kaszpirowski, dyplomowany psychiatra, w tamtym momencie raczej bioenergoterapeuta, nie musiał bowiem wcale czarować i hipnotyzować. Wystarczyła nam obietnica ulgi. A że w ślad za nią szła jeszcze pewna szorstka charyzma...
Dziś, gdy oglądamy rozrzucone po sieci zapisy jego seansów, Kaszpirowski nie wydaje się już Wielkim Hipnotyzerem z sowieckich rejonów kosmosu. Ot, poczciwina, zwykły ojciec, który ma problem z wyrażaniem pozytywnych emocji. Może i karierowicz, najwyraźniej nieusatysfakcjonowany tym, ile zarabiają prawdziwi lekarze, dodatkowo znudzony tradycyjną medycyną. Całość ma niespieszne tempo, występom towarzyszy puszczana z taśmy muzyka klasyczna. To jakiś koncert życzeń, występ z serii „Kraina Łagodności”, a nie żadne międzyplanetarne gusła.
Nie znaczy to jednak, że Kaszpirowski nie był szarlatanem. Przeciwnie. Był to szarlatan modelowy, dyskretnie polujący na ofiary i czekający na odpowiedni moment. Niestrudzony w poszukiwaniu podatnych gruntów, na których mógłby zasiać zatrute ziarenko. We wspomnianym materiale filmowym lektor Tomasz Knapik rzuca z offu: „To zastanawiające, jak bardzo szukamy źródeł nadziei”. Poza drogimi seansami uzdrawiającymi (lektor narzeka zresztą na wysokie ceny biletów – aż 50 starych tysięcy) Polacy czasów przełomu mieli przecież jeszcze w odwodzie proroctwa rozmaitych wieszczek w formie cienkich kioskowych książeczek, personalizowane horoskopy reklamowane w prasie i całe tony newage’owego szpeju.