Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Szczękościsk

Amstaff Sara. Za zagryzienie swojej właścicielki została skazana na dożywocie w schronisku. Fot. Stanisław Ciok. Amstaff Sara. Za zagryzienie swojej właścicielki została skazana na dożywocie w schronisku. Fot. Stanisław Ciok.
Hodowla psów groźnych ras w Polsce kompletnie wymknęła się spod kontroli. Wiele mieszańców to nieprzewidywalne maszyny do zabijania. Bagatelizujących zagrożenie posiadaczy informujemy, że atakują najczęściej właścicieli.

Amir pojawił się w życiu Magdy i Adama za sprawą ogłoszenia w telegazecie. Przyjechał do nich w bagażniku. Ujął bezradnością szczenięcia, która mocno kontrastowała z szorstkością w obejściu pana, który go przywiózł, nazywającego siebie hodowcą. Za tysiąc złotych, czyli grubo poniżej ceny psa rasowego, stali się posiadaczami bull teriera. Po procesie intensywnego szkolenia miał być ich wiernym przyjacielem i czułym towarzyszem dla dziecka, które planowali. Jak w rasowym thrillerze, nie wiedzieli jeszcze, że właśnie zaczyna się koszmar. – Człowiek, od którego kupiliśmy Amira, zapewniał nas, że to egzemplarz po świetnych rodzicach. Nie powiedział tylko, w czym ci rodzice byli tacy świetni – mówi Magda. Osiem miesięcy później już wiedzieli.

Nim pies skończył dwa miesiące, jego szkoleniem zajął się jeden z bardziej wziętych fachowców w Warszawie. – Już od początku zwracał uwagę na silnie dominujący charakter Amira. Polecił nam szybką kastrację, żeby obniżyć u niego poziom agresji – opowiada Magda. Wokół psa zaczęło toczyć się całe ich życie. Żeby go odpowiednio socjalizować, w połowie dnia jedno z nich zwalniało się z pracy, by łączyć spacery z mozolnym powtarzaniem zadanych przez tresera ćwiczeń. Z niemalże pluszowego szczeniaczka Amir w ekspresowym tempie zmieniał się w ponad 20-kilowe monstrum o coraz mniejszym stopniu sterowalności. Jego reakcje na niektóre zachowania wymykały się spod wszelkich zasad psiego behawioryzmu. – Stawał się agresywny, kiedy zdarzało się nam szurać nogami. W zupełnie niezrozumiałych sytuacjach jeżył sierść, warczał – wspomina Magda. Starali się to bagatelizować, ale dla tresera prowadzącego psa sygnały były aż nadto niepokojące. Pomimo intensywnego szkolenia pies cały czas próbował zdominować właścicieli.

Polityka 29.2008 (2663) z dnia 19.07.2008; Kraj; s. 26
Reklama