Prof. Leszek Balcerowicz o polskiej transformacji i drodze do wolnego rynku

Nie było trzeciej drogi
17 grudnia 1989 r. ówczesny wicepremier i minister finansów przedstawił pakiet ustaw, nazwany później planem Balcerowicza. W 25. rocznicę tego wydarzenia przypominamy rozmowę, przeprowadzoną przed kilkoma laty z prof. Balcerowiczem.
Robert Kowalewski/Agencja Gazeta

Artykuł ukazał się w POLITYCE w październiku 2008 r.

Jerzy Baczyński, Janina Paradowska: Czy ma pan świadomość tego, że w 1989 r. dokonał właściwie zamachu stanu?
Leszek Balcerowicz: Nie użyłbym tego określenia. Zwycięska Solidarność nie miała programu przekształceń gospodarczych. Zdecydowałem się przyjąć propozycję Tadeusza Mazowieckiego zostania wicepremierem do spraw gospodarczych i ministrem finansów, gdyż uznałem, że takie radykalne przekształcenia, zmieniające jednocześnie rolę państwa w społeczeństwie, są konieczne. Było dla mnie też jasne, że wywalczona przy Okrągłym Stole indeksacja płac nie może się ostać. Pamiętam, że gdy powiedziałem o tym Tadeuszowi Mazowieckiemu, aż jęknął.

To właśnie jeden z dowodów na tezę o swego rodzaju zamachu stanu. Indeksację zawzięcie negocjowano przy Okrągłym Stole. Cała operacja, jaką pan podjął, była w gruncie rzeczy osobistym przedsięwzięciem, bez debaty społecznej, a może nawet bez pełnej wiedzy premiera. Złapał pan władzę i dokądś z nią uciekł.
Wszystko było przeprowadzone demokratycznie, rząd miał legitymację parlamentarną, Sejm ogromną większością głosów pakiet ustaw przegłosował, Senat zaakceptował. Zostało to przeprowadzone szybko i sprawnie. Sprawność nie oznacza braku demokracji.

Akceptacja, o której pan mówi, wynikała raczej z poczucia misji tamtego parlamentu, z jego rewolucyjności, a nie ze świadomości, co uchwala.
Dokładnej świadomości nikt wówczas nie mógł mieć, ale wiadomo było, że tylko konkurencyjny kapitalizm daje szansę na doganianie Zachodu. Poza tym wszystkie przełomowe zmiany były robione w bardzo szybkim tempie. Coś, co się rozmywało, kończyło się zwykle porażkami.

Gdy przychodził pan do rządu, oczekiwano, że to pan przedstawi gotowy plan? Nie było żadnych wytycznych, punktów granicznych?
Nie było nadmiaru pomysłów i także nadmiaru chętnych do podjęcia się roli koordynatora reform w gospodarce. A jeśli idzie o wytyczne, to premier Mazowiecki powiedział mi: chciałbym, aby pan był moim Ludwigiem Erhardem. A ponieważ przez przypadek studiowałem doświadczenia niemieckie, wiedziałem, że w Polsce trzeba zrobić dużo więcej niż w Niemczech zachodnich po II wojnie światowej. Tam wystarczyły dwie operacje. Pierwsza to stabilizacja, czyli opanowanie inflacji, drugą było wyzwolenie gospodarki z regulacji okresu wojny. Nie musieli budować instytucji gospodarki rynkowej, ponieważ kapitalizmu tam nie zniszczono, tylko go zawieszono. U nas jednym z największych zadań stało się właśnie budowanie i odbudowywanie instytucji zniszczonych przez socjalizm. Trzeba to było robić obok stabilizacji i deregulacji.

Podjęcie się takiego zadania wymagało chyba braku wyobraźni? Albo nadzwyczajnego tupetu? Jako jeden z nielicznych ludzi w historii świata dostał pan zadanie całkowitej zmiany ustroju gospodarczego dużego kraju, bez żadnych wcześniejszych doświadczeń.
Na swoje usprawiedliwienie powiem, że w pierwszej rozmowie z premierem powiedziałem – nie. Dopiero po nocnej debacie z udziałem moich najbliższych podjąłem decyzję, wbrew żonie, która do końca była przeciwna. Ale mój brat cioteczny, Marek Jakubiak, powiedział: Jeżeli odmówisz, do końca życia będziesz żałował. Myślę, że to zdanie przeważyło.

W ówczesnej polskiej rzeczywistości były także inne grupy ekonomistów: zespół prof. Beksiaka, Ryszard Bugaj.
Zespół Beksiaka miał z nami wiele punktów zbieżnych. Jedna z różnic polegała na tym, że oni nie mieli w programie tzw. popiwku, a ja uważałem, że w okresie przejściowym podatek ograniczający wzrost płac jest konieczny. Nie były to jednak różnice filozoficzne, że na przykład oni wybierają jakąś trzecią drogę. Bugaj pozostawał raczej samotny. Oczywiście, znalazłoby się sporo osób rozczarowanych, że osobiście nie odgrywali wtedy pierwszoplanowej roli. Wydaje mi się, że nie było jednak jakiegoś zwartego programu konkurencyjnego.

A jak się rodził sam plan?
Nie zaczynaliśmy od zera i to miało zasadniczy wpływ na moją decyzję, aby zgodzić się na propozycję Tadeusza Mazowieckiego. Poprzednie lata pracy, prowadzonej wraz z moim zespołem – bez żadnego oczywiście wyobrażenia, że Polska niedługo będzie krajem wolnym – sprawiły, że zasadnicza strategia była z grubsza gotowa. Jeszcze w latach 70. próbowaliśmy zreformować – przy ówczesnych ograniczeniach geopolitycznych – socjalizm. Potem, w latach 80., kontynuowaliśmy te prace.

Był zatem ogólny pomysł. Ale, biorąc władzę, wiele rzeczy należało doprecyzować. Gdzie poszło najgorzej?
Dziś z perspektywy lat myślę, że była to sfera socjalna. Tu w programie zostały popełnione największe błędy. Nie zdążyliśmy na czas zareagować na przykład na propozycje absurdalnie liberalnych zasiłków dla bezrobotnych, powodujących, że absolwent mógł być od razu bezrobotnym. Potem okazało się, że dwie trzecie przyrostu bezrobocia w pierwszym okresie wynikało właśnie z tych zasiłków.

Uważa pan, że utrzymaliście zbyt wiele cech państwa socjalnego?
Nie chodzi o to. Nie powinno być to takie państwo socjalne, które samo stwarza klientów pomocy społecznej i w ten sposób niszczy ich szanse na lepsze życie.

Ta sfera podlegała Jackowi Kuroniowi?
W pewnym stopniu. Podjąłem się pracy w rządzie ze świadomością, że to ja koordynuję cały program gospodarczy. Dlatego ważne było dla mnie, abym jednocześnie pełnił funkcję przewodniczącego Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. W rozmowie z premierem Mazowieckim zastrzegłem sobie prawo doboru ekipy.

Jaką rolę odgrywali doradcy zewnętrzni tacy jak Jeffrey Sachs czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy?
To nie była rola zasadnicza. Podstawowe kwestie były dla nas jasne od początku. Ma być gospodarka prywatna, a więc musi zostać przeprowadzona prywatyzacja. Trzeba szybko opanować inflację, a więc potrzebny jest radykalny program stabilizacji. Trzeba wprowadzić wymienialność złotego, co nie było oczywiste dla większości polskich ekonomistów. Kolejny punkt to zasadnicza liberalizacja cen. Sachs wzmacniał nasze przekonania. Odegrał też w Stanach Zjednoczonych ważną rolę w kampanii na rzecz redukcji naszego długu zagranicznego. Należy jednak pamiętać, że byli inni istotni doradcy, np. Dawid Lipton, Stanisław Gomułka, Jacek Rostowski, Władysław Brzeski, Karol Lutkowski. Ważne były oczywiście rozmowy z MFW, z którym musieliśmy uzgodnić program stabilizacji.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną