Kraj

Nie dręczyć Małysza!

Nie dręczyć Małysza!

Media ciągle oczekują od Małysza powrotu do dawnej, wielkiej formy.

Najpierw słyszeliśmy zapowiedzi kolejnych dobrych skoków i zwycięstw Adama Małysza, a teraz jeszcze głośniejsze narzekania, że nasz mistrz jest nie tylko bez formy, ale i całkowicie bezradny, załamany. Rzeczywiście, przegrywa konkurs za konkursem, odpada w walce ze słabszymi rywalami, zajmuje dalekie miejsca. Przestał się liczyć w czołówce, a media ciągle oczekują od Małysza powrotu do dawnej, wielkiej formy. Przestańmy go dręczyć! Małysz dokonał już w historii naszego narciarstwa więcej niż wszyscy polscy skoczkowie razem wzięci. Zdobył dwa srebrne medale olimpijskie, czterokrotnie wywalczył Kryształową Kulę Pucharu Świata. W ramach tych zawodów wygrał aż 38 konkursów, a 74 razy zajął miejsce na podium!

Adam Małysz ma już 31 lat, co wprawdzie nie znaczy, że jego czas bezpowrotnie minął, ale uzasadnia tezę o tzw. zmęczeniu materiału i psychicznym wypaleniu. Jest również jeden dodatkowy element w skokach narciarskich, działający na niekorzyść naszego mistrza. Otóż, niezależnie od wypracowanego stylu i naturalnych czynników, takich jak skoczność i zwinność, po wprowadzeniu nowych kombinezonów zaczęła się liczyć także siła nośna, preferująca wysokich i szczupłych skoczków. Pisał o tym rok temu na łamach „Polityki” prof. Wincenty Turek (13/2008). To on wyliczył, że skoczkowie Austrii, Finlandii i Norwegii, którzy triumfowali w zeszłorocznych konkursach, mieli od 174 do 184 cm wzrostu, a Małysz mierzy zaledwie 169 cm. Również pozostali skoczkowie naszej drużyny nie mają więcej niż 175 cm wzrostu.

Jeśli więc kogoś powinniśmy dręczyć, to raczej działaczy Polskiego Związku Narciarskiego z prezesem Apoloniuszem Tajnerem na czele. Nie zorientowali się w porę, tworząc kadrę, bo przecież wysokich i szczupłych chłopców na Podhalu nie brakuje. Niestety, PZN w latach sukcesów Małysza nie wykorzystał szansy na szeroką popularyzację skoków narciarskich i ciągle szuka lekarstwa w zmianach trenerów.

Reklama

Czytaj także

Rynek

Wojna wódki z piwem

Wódka z piwem toczą wojnę. Obie strony uzbrojone w opinie, ekspertyzy i badania starają się skłonić państwo, żeby wreszcie zrobiło z konkurentem porządek. Od czasów wojny masła z margaryną takiego konfliktu na polskim rynku nie było.

Adam Grzeszak
16.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną