Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Felietony Ludwika Stommy

Pamięci Ordona

Bez echa przeszła w Polsce dwusetna, 16 listopada 1810, a więc jak najbardziej okrągła, rocznica urodzin Juliusza Konstantego Ordona. Jest to poniekąd zrozumiałe. Wiemy bowiem, że w słynnych wersach Adama Mickiewicza:

„(...) Lecz śród najgłębszych dymów ileż razy
Widziałem rękę jego, dającą rozkazy.
Widzę go znowu, – widzę rękę – błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,
Biorą go – zginął – o nie, – skoczył w dół, – do lochów!”
„Dobrze – rzecze Jenerał – nie odda im prochów”.
Tu blask, – dym – chwila cicho – i huk jak sto gromów!
(…)
Dusze gdzie? Nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Ordona.
On będzie patronem szańców!

Że oto w tych słynnych wersach nie ma słowa prawdy. Mickiewiczowi wpadł po prostu w ręce numer 613 „Kuriera Polskiego” (wysoce patriotycznego czy wręcz „niepodległościowego”, jak by to napisali dzisiaj dziennikarze z „Gazety Polskiej”), w którym czytamy: „Do szczególniejszych poświęceń w dniu 6 września, w czasie ataku, należy czyn Konstantego Ordona, podporucznika artylerii, który po mężnym oporze baterii w 54 lunecie, utraciwszy podwładnych, takową wraz z sobą i dwoma batalionami piechoty nieprzyjacielskiej na powietrze wysadził. Taki czyn jest godzien żołnierza polskiego”.

Mickiewicz wieszczem był, a nie historykiem. Źródeł sprawdzać nie musiał. Dla większej wyrazistości obrazu usadził jeszcze na polu zmagań świadka naocznego, rzekomego adiutanta. Sam Ordon wysadzać się w powietrze nie miał najmniejszego zamiaru. Jak większość – tak podwładnych, jak i przełożonych – oddał się w rosyjską niewolę, z której, a warunki nie były surowe, udało mu się wydostać już po niecałym roku.

Przyjeżdża do Galicji i jako niepoprawny rewolucjonista bierze jakiś udział (źródła są bardzo zagmatwane i niejasne) w spisku Józefa Zaliwskiego. Zagrożony aresztowaniem przez władze austriackie emigruje do Szkocji, gdzie staje się aktywnym działaczem wolnomularskim najpierw w loży Canongate Kilwinning, potem od roku 1847 w Polish Nationale Lodge. Na wieść o wybuchu Powstania Wielkopolskiego w 1848 r. wybiera się do Polski, ale powolność działania brytyjskiej administracji powoduje, że zanim zgromadzi umożliwiające wyjazd papiery, powstanie upada i eskapada staje się bezprzedmiotowa.

Nie wiemy dokładnie, kiedy zapoznał się Juliusz Konstanty Ordon z wierszem Mickiewicza na swój temat i czy od początku zrozumiał jego propagandową siłę. W każdym razie pełen najlepszych chęci udaje się we wrześniu 1848 r. do Mediolanu, żeby – on musi walczyć – wstąpić do tworzącego się Legionu Mickiewicza.

I staje się rzecz tragiczna, aczkolwiek możliwa do przewidzenia. Nikt nie chce Ordona. Jest heroicznym trupem, którego opisał wieszcz, patron formacji, i który nie ma nic do roboty pomiędzy żywymi. Jego oddychanie podważa legendę narodową. Bicie jego pulsu ubliża orłowi białemu. Precz od nas trupie, który masz czelność żyć! Przed ostatecznym skandalem ratuje Ordona, po linii masońskiej, książę Witold Czartoryski, załatwiając mu etat oficerski w półmarionetkowej armii sardyńskiej.

Mrzonki polskie jeszcze go nie opuszczają. W 1855 r. werbuje i przewozi statkiem do Turcji setkę ochotników do walki z Rosją. W 1860 r. przywdziewa czerwoną koszulę w armii ochotniczej Garibaldiego. Dosługuje się w niej stopnia majora. W tym czasie jednak zdążono już Mickiewicza przetłumaczyć na włoski. Nowi podwładni też się więc dziwują, że wielki trup, to nie trup. Gdziekolwiek się ruszy – a popełnił też to niesłychane głupstwo, że dwukrotnie wybrał się do Polski – jest tylko zawalidrogą mitu. Mickiewicz może już sobie smacznie spoczywać w grobie, jego wystawione przez wieszcza rachunki pozostają dalej nieuregulowane. Wreszcie, z 56-letnim opóźnieniem, w wieku 77 lat, 4 maja 1887 r. we Florencji, zdobywa się Juliusz Konstanty Ordon na to, co winien był na mocy wielkich wyroków zrobić już od dawna. Strzela sobie w łeb.

Trzy lata później truchło jego unieszczęśliwiającego, fałszywego piewcy spocznie na Wawelu. W wielkich spazmach narodowych manifestacji nikt już nie wspomni o tym, który skazany został przez całe dorosłe życie na walkę z legendą ponad siły, nic niemającą wspólnego z rzeczywistością, ale za to miłą sercu Polaków. Trup ma się bowiem okazać godny tradycji, choćby tym trupem nawet nie był. Przypomniałem w „Polskich złudzeniach narodowych”, jak w „Syzyfowych pracach” Stefana Żeromskiego, w roku 1875, a więc jeszcze za życia Ordona, odbywa się ta pamiętna scena: „Zygier złożył książkę, przez chwilę się namyślał i wnet zaczął mówić głosem niedonośnym, ale dźwięcznym jak szlachetny metal: »Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na działo…«. Usłyszawszy te wyrazy, Szetter zerwał się na równe nogi i zaczął machać rękami, ale Zygier nie umilkł. Jakby odepchnięty jego wzrokiem nauczyciel siadł na swym krześle, podparł głowę rękoma i nie spuszczał oka z szybek na drzwiach. W klasie stała się cisza…”.

Wyobraźmy sobie tylko, że w tym momencie żywy i zdrowy Ordon wchodzi do gimnazjum… Cała żeromszczyzna na nic. Dlatego właśnie jesienią 2010 r., w swoją dwusetną rocznicę, wydaje mi się Juliusz Konstanty Ordon bohaterem tak bardzo aktualnym i współczesnym. Wszakże u nas nie tylko mianuje się dzisiaj historyczne trupy. Wiadomo też, kto i dlaczego trupem został, co by trup powiedział. Konsekruje się jedne trupy, zapomina o innych, przenosi na Wawel trzecie. I tylko z prawdą, elementarną uczciwością nie ma to już nic wspólnego. Wieszczowi można by jeszcze, choć nie wiem, co na to Ordon, ostatecznie wybaczyć. Gdzie wam tam jednak do wieszczów!

Ludwik Stomma

Polityka 46.2010 (2782) z dnia 13.11.2010; Felietony; s. 105
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną