Felietony Ludwika Stommy

Metodologiczne nieporozumienia

Max Skorwider
Cały układ planetarny kręci się – podług Jarosława Kaczyńskiego – wokół naszej planety. Ziemia z kolei wokół Polski, a Rzeczpospolita wokół tych, którzy śpiewają hymny ku czci Jarosława.

Dlaczego nie głosowałem na Kaczora? Muszę od razu zaznaczyć, że nie ma w tym żadnej osobistej ani estetycznej niechęci, cienia nawet braku szacunku czy środowiskowych uprzedzeń. Nie wrzuciłem do urny kartki z jego nazwiskiem z tego tylko powodu, iż dzielą nas przekonania stricte akademicko-naukowe, a moi studenci mogliby uznać taki głos za sprzeniewierzenie się temu, co im wykładam. Dotyczy to paru przynajmniej zasadniczych punktów.

1

Cały układ planetarny kręci się – podług Jarosława Kaczyńskiego – wokół naszej planety. Ziemia z kolei wokół Polski, a Rzeczpospolita wokół tych, którzy nie podnieśli białej flagi i za pośrednictwem Radia Maryja śpiewają hymny ku czci Jarosława. Klaudiusz Ptolemeusz zapewne by się z tym zgodził, podobnie jak Marinos z Tyru, który pierwszy pomieścił na swoich mapach miasto Kalisz, skąd już do Żoliborza rzut beretem. Tyle że – według Mikołaja Kopernika i jego heliocentrycznej teorii budowy świata – to Ziemia kręci się wokół Słońca, cóż dopiero mówić o Rzeczpospolitej, Kaliszu i Żoliborzu. Kto zaś zarządza Słońcem, tego rzeczywiście Kopernik nie dopowiedział. W każdym razie ani Piłsudski, ani Dmowski, a nawet nie Jan Paweł II. Kiedy Kopernik tworzył swoje teorie, Lecha i Jarosława nie było jeszcze na świecie. Oczywiście nauka niejednokrotnie się już myliła, a tezy kopernikańskie były po wielokroć poprawiane. Wszelako w tym astronomicznym sporze skłonny jestem raczej stanąć po stronie Kopernika i stąd moja pierwsza z Jarosławem Kaczyńskim naukowa animozja.

2

Oczywiście pozostaje Księżyc. Nie miejsce tu na przykładanie szkiełka i oka. Jarosław Kaczyński (Placek) wraz z bratem Lechem (Jacek) ukradli go już 49 lat temu. Innymi słowy, rzeczywistego Księżyca nie ma, a to, co widujemy nocą na niebie, jest tylko złudzeniem, muszącym usatysfakcjonować ogłupiałych zakochanych. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia. W tej mierze zbliża się bowiem Jarosław do filozofii George’a Berkeleya: „Rzeczy, które byłyby różne od postrzeżeń, są tylko fikcjami umysłu”. Skoro zakochani widzą swój księżyc nad drzewami, to on tam jest, pomimo iż w rzeczywistości leży w zamkniętym trzema kłódkami kuferku Placka na Żoliborzu. Podobnie, jeżeli dzięki pisowskiej prasie i sfingowanym raportom postrzegamy, iż wszystko było w porządku w oskarżeniu i śmierci Barbary Blidy, to tak właśnie było, a wszystkie inne podejrzenia są tylko „fikcjami umysłu”. Takimiż „fikcjami” jest zresztą wszystko, co różni się od postrzeżeń eksministra Ziobry, a tym bardziej samego prezesa. Jest to punkt widzenia, który na mocy filozofii Berkeleya, a bardziej jeszcze jego ekstremistycznych uczniów, daje się utrzymać, tym bardziej jeśli wzbogacimy go jeszcze o marksistowską dialektykę. Nikt nie ma prawa narzucać nikomu filozoficznych wyborów. Jako empirysta, kartezjanista, a co gorsza zwolennik myśli oświeceniowej stoję tutaj po drugiej stronie barykady. Wolnoć Tomku w swoim domku. Nie jest to jednak przyczyną, żeby się od razu na siebie boczyć. Ot, taka metodologiczna różnica zdań.

3

Wyznawcy tak zwanej Nowej Historii Francuskiej, zwanej też Szkołą Annales od ich sztandarowego organu, wyróżniają w historii: długie trwanie, koniunktury i wydarzenia. Kwestią długiego trwania (bo i tutaj następują zmiany) jest na przykład fakt, że Morze Śródziemne jest cieplejsze od Bałtyku, a ziemie środkowej Europy żyźniejsze od greckich, południowowłoskich. Mieszczą się w tym (nie wynikają, gdyż w grę może wchodzić wiele dodatkowych okoliczności) koniunktury, iż chociażby kuchnia niemiecka czy polska, gdzie są lepsze warunki do hodowli bydła, będzie bardziej mięsna niż włoska albo południowofrancuska. W tym z kolei mieszczą się (pozwalam sobie na ogromne uproszczenie) pewne wydarzenia, jak ulotne wojny o skrawki czarnoziemu, rozwój wytwórczości u ludów zmuszonych płacić za produkty pierwszej potrzeby artykułami przetworzonymi etc. Na pytanie, dlaczego Polska importuje oliwę z oliwek, odpowiedź znajdziemy, podług Szkoły Annales, we wzmiankowanych przed chwilą strukturach długiego trwania i koniunkturach. Jarosław Kaczyński wyznaje tutaj teorię inną. Jeżeli ktoś sprzedaje Polakom oliwki (a taka rzecz nie obywa się nigdy bez producentów, przewoźników, promotorów, sprzedawców), to wzbogaca się na tym określony układ. Kto więc za tym stoi? Rzecz można posunąć dalej: a dlaczego niby oliwki rosną gęściej w Kalabrii niż na Podkarpaciu? Wiadomo, że za dawnych czasów znane były zielonogórskie wina, wcześniej jeszcze kujawskie, a ostatnio przedsiębiorca spod Jasła wyhodował szczep odpowiadający Sauvignon. Kto więc wywiesił białą flagę i oddał nasze podniebienia w pacht Francuzom, Włochom, Hiszpanom, Bułgarom, Węgrom, ba… nawet nieprawdopodobnym Chilijczykom albo Australijczykom? Jest to również pytanie historycznie uprawnione. Według historiozofii Jarosława Kaczyńskiego nie istnieją procesy dziejowe i potępić go za to nie można, bo nie jest w tej koncepcji, choć znowu się nie zgadzamy, w niczym odosobniony, a nawet mógłby przywołać jako wsparcie wybitne nazwiska z XVI, a nawet XVII w.

4

W jednym tylko popada Jarosław Kaczyński w swoistą sprzeczność. Jest to rozważana przez filozofów, kronikarzy i teologów rola przypadku w historii. Prezes skłonny jest twierdzić, iż takowych w dziejach nie ma. Dowodem katastrofa smoleńska, gdzie mgła nie pojawiła się sama z siebie, brzoza była za chuda, Ruskie podawały fałszywe komunikaty i wydrążyły jar, żeby zmylić pilotów, a jeśli nie to, to co innego, w każdym razie nie traf losu. Ale w takim razie, czyż może istnieć przypadkowy prezydent? Teoria nie musi być słuszna, może być sprzeczna ze zmysłami (toż patrzę przez okno i widzę, że Ziemia nie jest okrągła), ale musi być spójna. Albo przypadkowy prezydent, albo przypadkowa katastrofa pod Smoleńskiem. Kiedy pan to wreszcie uzgodni, a nie powątpiewam ani przez chwilę, że tak się stanie, to może już moje prawnuki oddadzą na pana głos z całym intelektualnym spokojem.

Polityka 44.2011 (2831) z dnia 26.10.2011; Felietony; s. 96
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną