Felietony Ludwika Stommy

Kodeks historyczno-karny

Straszny skandal we Francji, który przyćmił i mrozy, i kryzys. Oto minister Claude Guéant oświadczył, że różne kultury ne se valent pas. Pomijając już kwestię wyrwania frazy z kontekstu, zaznaczyć trzeba, że można ją tłumaczyć wielorako. Interpretacja „różne kultury nie mają tej samej wartości” jest tutaj oczywiście możliwa, ale też najprymitywniejsza. Przekład najtrafniejszy (wymieniany zresztą w słownikach na pierwszym miejscu) winien byłby brzmieć: „poszczególne kultury odwołują się do różnych wartości”. Jestem przekonany, iż Claude’owi Guéantowi chodziło o tę drugą wersję. Różnica jest zasadnicza. W pierwszym przypadku chodziłoby bowiem o wartościowanie, w drugim o stwierdzenie tysiąckrotnie etnologicznie potwierdzonego faktu. Pech w tym, że w naszym oszalałym i coraz bardziej nietolerancyjnym świecie oba te oświadczenia są równie NIEPOPRAWNE, a to już przylepia ci pieczątkę na łeb, której nie zmyją żadne tłumaczenia ani najdoskonalsze środki chemiczne.

Parę dni po wypowiedzi Claude’a Guéanta wystąpił w parlamencie francuskim Serge Letchimy z Martyniki, porównując wypowiedź ministra do haseł doktryny nazistowskiej, przywołując Holocaust i Auschwitz. Serge Letchimy nie jest byle kim. Mandat objął po śmierci Aime Cesaire’a – pisarza, poety i legendy zamorskich terytoriów Francji. Dla tysięcy mieszkańców Martyniki stanowił on nie tylko to, co nazywa się w Polsce (z zadziwiającą czasami łatwością) „autorytetem moralnym”, ale jego książki stanowiły poniekąd także wykładnię reguł systemu wartości odległych wysp. Słowa jego następcy będą więc miały społeczne, moralne i polityczne echo, którego wagi nie sposób przeceniać.

Kultury czerpią nieraz swoje nici przewodnie bynajmniej nie z tych samych zasad, które chciałaby im narzucić triumfująca Europa (gdzie to także ulega nieustającym zmianom). Gdzieniegdzie delacja hańbi i wyklucza donosiciela z grupy, gdzie indziej jest mile widziana i zachęcają do niej najwyższe władze państwowe. W jednych kulturach czci się starców, w innych mają oni zejść z oczu i dać miejsce młodym, czyli „przyszłości narodu”. Podobnie z miejscem w społeczeństwie przedstawicieli różnych płci, inteligentów, artystów, kapłanów, niepełnosprawnych, dzieci, niezamężnych, stosunkiem do przełożonych, niektórych postaw życiowych, pokarmów etc., etc. Jest to oczywiste, atoli wspominanie o tym ociera się już o krawędź NIEPOPRAWNOŚCI. Uznanie wielorakości kultur to już dzisiaj prawie rasizm, ze wszystkimi jego zbrodniczymi konsekwencjami.

Czy istnieją rasy ludzkie? Każdy widzi, że istnieją. Jedni mają taki, a nie inny kolor skóry, przekrój włosa, częstotliwość występowania określonych grup krwi itp. Ze względu na wielowiekową tradycję kulturalną jedne grupy mają statystycznie większe poczucie pewnych rytmów i łatwość dokonywania niektórych wysiłków. Nie wynika z tego w żadnym przypadku, że jedni mają od drugich wyższe walory lub zdolności intelektualne, moralne czy uczuciowe. Głoszenie takich poglądów jest właśnie prymitywnym rasizmem. Nie jest nim natomiast stwierdzenie istnienia ras. Dochodzimy raczej do obłędu, który, kto jak kto, ale Polacy winni dobrze rozumieć.

W czasach późnego Gierka siedział sobie człowiek przed telewizorem i słuchał, że w Polsce jest coraz lepiej, a ludzie żyją dostatniej. Potem podchodził do okna i widział długie zziębnięte kolejki zwabione przed sklep plotką, że może jutro „rzucą” lodówki albo pralki. Jeśli akurat „nie rzucili”, to tłumek rozchodził się potulnie i konia z rzędem temu, kto powiedziałby następnego dnia sekretarzowi w biurze, iż jest przeziębiony, gdyż Polska nie rośnie w siłę, a on nie żyje dostatniej. Trzy były właściwie wyjścia do wyboru: albo powiedzieć, co się widziało na szklanym ekranie, albo co się przeżyło w ulicznej rzeczywistości, czy też popaść w stan łagodnej i POPRAWNEJ schizofrenii. Można rzecz jasna powiedzieć, że stanowiło to wówczas wybór między tchórzostwem a odwagą cywilną. Dzisiaj nie stoimy przed takim dylematem, a jednak (skąd się to bierze?) schizofrenia jest jakby podobna.

Casus Guéant-Letchimy ukazuje jednak, na jak niebezpieczne i zależne od indywidualnej wrażliwości wkraczamy tu drogi. Mam pełne zrozumienie, poczucie solidarności i współbolenia dla wszystkich, którzy oburzali się na umniejszanie i spychanie w niepamięć potwornej tragedii Holocaustu. Tym, którzy ją umniejszają, nie należy zapewne podawać ręki. Prawo jest jednak czymś innym. Debilizm nie podlega więzieniu. Czym innym jest sianie nienawiści rasowej i kulturowej, czym innym, nawet zwyrodniała, interpretacja dziejów niełącząca się z nawoływaniem do przestępstwa.

Niestety, tutaj właśnie stworzony został niebezpieczny precedens. Uważam, że zagłada Żydów przez nazistów była zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju. Władze francuskie zaprzeczyły tej tezie, wpisując do kodeksów masakrę Ormian przez Turków. Wyjątek prawny stał się precedensem. Cóż w takim razie powiedzieć o eksterminacji Tutsi przez Hutu, Tybetańczyków przez Chińczyków, mordach Czyngis-chana, Tamerlana etc.?

Ludobójstwo staje się kategorią względną, więc zaraz, po paru manewrach prawnych, skażmy per procura wszystkich rosyjskich profesorów, którzy nawet nie mieliby wątpliwości co do tego, kto strzelał w Katyniu, ale co do samej kwalifikacji jurystycznej ośmielają się mieć wątpliwości. Po Katyniu może zaczniemy nareszcie myśleć o rzezi Pragi, Anglicy o masakrze w Le Paradis 27 maja 1940 r. i Wormhout 26–28 maja. Ukraińcy o działaniach dragonów i lekkiej jazdy Jeremiego Wiśniowieckiego, dla których wbijanie na pal Kozaków było ulubioną rozrywką, gdy zabrakło już kobiet do gwałcenia. Wszyscy będą mieli jakąś część racji. I chociaż wyczyny naszych chłopców pozostaną we wdzięcznej pamięci narodu, nie da się ich (brak naocznych świadków) włączyć do kodeksów.

Oczywiście, należałoby stworzyć uniwersalny podręcznik historii, dzięki któremu za „kłamstwo historyczne” można by karać 10-letnimi kazamatami plus grzywną i pozbawieniem majątku. Za to, że Ulrich von Jungingen wygrał pod Grunwaldem – pięć lat, za to, że sanacyjne władze strzelały do chłopów – dożywocie. Opracujmy nowy kodeks historyczno-karny, któremu wara się sprzeciwić. Pięć tysięcy stron (albo więcej), kto wygrał, a kto przegrał. Nowy testament.

Dopóki jest jednak jeszcze czas, wyrwijmy historię z rąk prawników, „pseudohistoryków” z IPN i polityków. Niby to takie proste – zostawić historię historykom. Zawsze jednak pojawi się ktoś, kto powie; „Murzynek Bambo w Afryce mieszka”. I będzie miał samouspokajające i zachodnioeuropejskie przekonanie, że powiedział to samo co francuski minister, acz było to coś zupełnie innego.

Polityka 07.2012 (2846) z dnia 15.02.2012; Felietony; s. 97
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną