Kultura

Kraj, ale lajt

Podobno wszyscy jesteśmy zmęczeni Polską. A może to Polska zmęczona jest nami?

„Hardkor 44”, czyli ostatni filmowy projekt Tomasza Bagińskiego – połączenie powstańczej historii z science fiction „Hardkor 44”, czyli ostatni filmowy projekt Tomasza Bagińskiego – połączenie powstańczej historii z science fiction Platige Image / materiały prasowe
Pytanie w sam raz na teraz.
Kolejne ujęcie z projektu „Hardkor 44”Platige Image/materiały prasowe Kolejne ujęcie z projektu „Hardkor 44”
Gostyń, Wielkopolska. Zlot grup rekonstrukcyjnych i historycznych pojazdów militarnych „Strefa Militarna 2011”Janusz Walczak/Forum Gostyń, Wielkopolska. Zlot grup rekonstrukcyjnych i historycznych pojazdów militarnych „Strefa Militarna 2011”

Nie tylko listopad jest dla Polaków niebezpieczną porą. A co powiedzieć o sierpniu, który właśnie dobiega końca? Od rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego do rocznicy podpisania porozumień sierpniowych, z cudem nad Wisłą pośrodku – wprost czujemy się osaczeni przez narodowe symbole, cienie bliższej i dalszej przeszłości. Nieustannie odbywa się swoisty festiwal hymnu polskiego, telewizje pokazują, niczym transmisje z meczów, relacje z rekonstrukcji historycznych zdarzeń, którym towarzyszą tłumy kibiców. Gromkimi brawami nagradzane są bitwy, które po raz kolejny wygrywamy. Kilkuletnie dziecko zachwyca się przed kamerą telewizyjną ustawioną pod Ossowem: „Najbardziej mi się podobało, że ładnie strzelali!”.

Nawet gazety, prezentujące na co dzień racjonalny stosunek do przeszłości, wydają powstańcze śpiewniki z tekstami o dzielnych i źle uzbrojonych chłopcach idących z visami na czołgi, zaś „deszcz, jesienny deszcz smutne pieśni gra”. I jak tu się nie wzruszać patriotycznie?

Ale to tylko jedna strona medalu za zasługi dla ojczyzny. Rewers jest zupełnie inny. Coraz częściej odnosimy przecież wrażenie, iż Polska męczy Polaków. Nie tylko zwykłych oglądaczy codziennych wiadomości telewizyjnych. Wystarczy poczytać wywiady z artystami, szczególnie tymi z młodszych pokoleń. Od pewnego czasu w niemal każdej rozmowie z pisarzem czy reżyserem musi obowiązkowo pojawić się wyznanie niewiary w narodową mitologię. (Na naszych łamach parę tygodni temu reprezentacyjną próbkę dała Manuela Gretkowska). Kiedy parę lat temu laureatka Paszportu POLITYKI Małgorzata Szumowska powiedziała nam w wywiadzie, że nie jest patriotką, mogło to być odczytane jako odważna deklaracja. Potem jednak odwaga mówienia o braku patriotyzmu staniała, tak że teraz nawet gwiazdeczki talent shows już wiedzą, że w dobrym tonie jest powiedzieć coś przykrego o Polsce.

Ubrani na miarę

Pisarz Jacek Dukaj (rocznik 1974) mówił niedawno w wywiadzie dla miesięcznika „Lampa”: „Dzisiaj mamy w Polsce modę na ostentacyjną kontestację i wyśmiewanie polskości, taka gombrowiczyzna 2.0 na skalę kosmopolitów z Krakowskiego Przedmieścia. Wydaje mi się to spóźnionym buntem nastolatków, odreagowywaniem po długim zamrożeniu przez sytuację historyczną w postawie syna całującego sękatą dłoń widmowego patriarchy. Odreagowawszy, wyluzujemy, nauczymy się tym grać, swobodnie prezentować wobec innych. Taką przynajmniej mam nadzieję – że w końcu polskość będzie na nas leżeć jak dobrze skrojony garnitur, jak angielskość na Anglikach. A też przecież nie nosi się garniturów na każdą okazję; ale jego chwilowa zmiana na sweter czy T-shirt nie oznacza wtedy dramatycznej deklaracji ideowej, jest zwykłą kwestią smaku”.

Niestety – jak do tej pory, a w ostatnich kilkunastu miesiącach w szczególności – wyobrażona polskość nie leży na nas jak na modelu. Trudno się dziwić, skoro tak krawiec kraje, jak mu materii staje, a tym bardziej kiedy w kwestii kroju nie ma zgodności. Czego dowodem niezakończony spór Polaków, na nowo wzniecony po katastrofie smoleńskiej.

Niedawno w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” teatrolog Dariusz Kosiński analizował obrazki sprzed Pałacu Namiestnikowskiego poprzez kategorię dramatu narodowego. I doszedł do zaskakujących wniosków: „Na Krakowskim Przedmieściu zobaczyliśmy przecież czysty dyskurs romantyczny. A my, mainstreamowa inteligencja, znaleźliśmy się po stronie mędrca, który chodzi po wsi i niczego nie rozumie. Przecież ludzie spod krzyża, których oglądamy w filmach Pospieszalskiego, Stankiewicz czy Żmijewskiego, to Karusia! Niczym mędrzec Śniadecki ze swoim szkiełkiem i okiem patrzymy na nich i twierdzimy, że duby smalone bredzą...”. Kosiński nie ma najmniejszego zamiaru dołączać do chóru „obrońców krzyża”, ale nie widzi powodu, by z nich szydzić. Zresztą zachowania szyderców też jest w stanie zrozumieć, ponieważ podobna postawa zawsze pojawiała się w Polsce jako reakcja obronna na zachowania mesjanistyczne, cierpiętnicze. (Niektórzy badacze „Wesela” przekonują, iż słynne Stańczykowe „Ale świętości nie szargać!” było w istocie kpiną z narodowej hipokryzji).

Po 1990 r. prof. Maria Janion ogłosiła koniec romantycznego paradygmatu. Chyba jednak przedwcześnie. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy mieliśmy aż nadto dowodów, iż romantyczna gorączka znowu atakuje. Wraca przede wszystkim figura Polski jako ofiary cierpiącej wskutek spisku sił zła. Nie tylko w publicznym dyskursie, lecz także w prywatnych rozmowach pojawiają się pytania o to, kto jest dobrym, a kto złym Polakiem. Chcąc nie chcąc, trzeba się deklarować, po której jest się stronie, neutralność stała się podejrzana.

Tak prezentowany kanon patriotyzmu staje się opresyjny, sprawia, iż Polak w swej polskości zaczyna czuć się źle. Garnitur, o którym wspominał Dukaj, uwiera pod pachami, marszczy się na plecach, spodnie wydają się zbyt obszerne. Czy artyści są w stanie zaproponować wyjście z tej kłopotliwej sytuacji? Poetka Ewa Lipska już kilka lat temu namawiała w wierszu „Mówię do mojego kraju”:

Mówię do mojego kraju:/wyprowadź się/Wyjedź./
Bądź przez moment/cudzoziemcem./Potem wróć/
i zamieszkaj w sobie./Przemyśl to wszystko/jeszcze raz...

Nie zaszkodzi przemyśleć.

Awantura w Muzeum

Nieoczekiwanie jednym z ważniejszych wydarzeń obchodów 1-sierpniowej rocznicy był spektakl w Muzeum Powstania Warszawskiego zatytułowany „Awantura warszawska”. (W taki elegancki sposób Józef Wissarionowicz Stalin wyraził się o zrywie niepodległościowym Polaków). Autorem scenariusza i zarazem reżyserem był Michał Zadara, zaliczany do grupy „młodych zdolnych”. (Dziś są jeszcze młodsi, choć nie wiadomo, czy jeszcze zdolniejsi). W muzealnej sali pod Liberatorem zobaczyliśmy spektakl zrobiony z autentycznych dokumentów, rozmów, depesz, szyfrogramów itp., z których wyłonił się międzynarodowy kontekst powstania. Rzecz dzieje się na kilku podestach, widz nie jest w stanie ogarnąć całości, chyba że zdecyduje się usiąść przed ekranem, wtedy – tracąc niestety szczegóły – widzi jak gdyby skrót wiadomości w stylu telewizji informacyjnej. Wszystko to wydaje się bardzo chaotyczne, ale zdaje się, że dokładnie taka była intencja reżysera. Wielcy, zajęci już dzieleniem Europy w obliczu zbliżającego się zwycięstwa nad Hitlerem, nie bardzo mieli głowę do sprawy Polski, choć oczywiście potrafili pięknie przemawiać (Churchill) o heroizmie przegranych powstańców z biało-czerwonymi opaskami na ręku.

 

Niektórym widzom się nie podobało. „Czy dyrekcja Muzeum Powstania Warszawskiego nie poczuwa się do odpowiedzialności za ten pseudoteatralny bełkot, który co roku funduje Polakom, zapraszając do reżyserii czy to Klatę, czy Passiniego, czy Libera, czy Łysaka, czy – jak teraz – Zadarę?” – obraziła się w „Naszym Dzienniku” Temida Stankiewicz-Podhorecka, nadmieniając przy okazji, iż „Awantura warszawska” to niejedyny spektakl przygotowany przez reżysera nowej generacji z okazji 1 sierpnia. Parę lat temu wstrząsające przedstawienie zaproponował Jan Klata, przypominając rzeź warszawskiej Woli, gdzie w pierwszych dniach powstania Niemcy wymordowali 40 tys. ludności cywilnej. Aż dziw, że tak mało się pisze o tej masakrze, w ogóle Wola nie ma swej legendy, nie to co Mokotów czy Stare Miasto. Po prostu w robotniczej dzielnicy zabrakło poetów, pomijając, iż wymordowano całe kilkupokoleniowe rodziny, tak że nawet prywatna pamięć nie przetrwała.

Klata upomniał się w „Tryumfie Woli” o tę historię, co jest zresztą częścią szerszego programu twórców jego pokolenia. Wychodzą oni z założenia, iż nie ma jednej wersji dziejów, wszystko jest kwestią selekcji i interpretacji. Tak m.in. pojmują swój teatr ostatni laureaci naszych Paszportów Monika Strzępka i Piotr Demirski, autorzy m.in. wielokrotnie nagradzanego „horroru na motywach narodowych”, zatytułowanego „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł”. Polskość nie wyznacza tu żadnych granic, ponieważ nie istnieje jedyna i obowiązująca wszystkich jej definicja. Klasyka wystawiana „po bożemu” nikogo z tych twórców nie interesuje; sięgają po „Fantazego”, „Wesele” czy Sienkiewiczowską „Trylogię” tylko po to, by dokonać dekonstrukcji, napisać własny tekst na oryginale, który ich rówieśników średnio interesuje. Już same tytuły znane z lekcji polskiego budzą przerażenie, ponieważ kojarzą się z jakąś oficjalną formułą patriotycznego przymusu.

Porachunki z polskością są stale obecne w przedstawieniach Krzysztofa Warlikowskiego, najbardziej dziś znanego i cenionego spośród wszystkich naszych reżyserów w Europie. Prasa francuska pisała o nim: „Artysta europejski, ale nierozłącznie polski, nigdy jeden bez drugiego”. Co potwierdził sam twórca „(A)Polonii” w jednym z wywiadów cytowanych w ostatnim numerze „Notatnika Teatralnego”: „Tu czuję się odpowiedzialny za nasz podupadły, zagubiony, nędzny naród, przeinaczony na skutek wojny, antysemityzmu, komunizmu. Trzeba mu pomóc odnaleźć tożsamość i pamięć”.

Od lat czekamy na nowe filmy o Powstaniu Warszawskim, bo ile razy TVP może dawać każdego 1 sierpnia „Godzinę W” Janusza Morgensterna z 1979 r. o godzinie 20, zaś nocną porą „Kanał” Andrzeja Wajdy z 1957 r.? Plany są, niektóre mocno zaawansowane (projekt Tomasza Bagińskiego „Hardkor 44”), i już dzisiaj możemy przewidzieć opór obrońców jedynie słusznej wersji polskich dziejów. Jak wynika z zapowiedzi twórców, zabraknie na ekranie obrazów stylizowanych na archiwalne fotografie reprodukowane rokrocznie w okolicach 1 sierpnia. Powstanie ma być pokazane jakby z zewnątrz, w szerszej perspektywie, zaś wspomniany Bagiński proponuje widowisko łączące historię z science fiction, wpisujące się w poetykę współczesnej popkultury.

Własnym ciałem i duchem

Węgierski pisarz Sandor Marai, przedstawiciel narodu, którego historia też nie była pasmem zwycięstw i sukcesów, w wydanej niedawno u nas książce „Niebo i ziemia” zanotował: „Nie ma bardziej beznadziejnego przedsięwzięcia niż jakiemuś narodowi pokazać jak na dłoni jego błędy... Narody tylko wtedy wyzdrowieją, gdy samodzielnie, własnym ciałem i duchem, bez niczyjej pomocy przezwyciężą swoje grzechy, gdy się rozwiną, gdy dojrzeją do tego, gdy się dowiedzą, czym jest to, co do tej pory znosiły z bólem”.

Czy literatura może w tym pomóc? Tak, pod warunkiem, że autorom nie zabraknie talentu i odwagi. Nasi pisarze, debiutujący w ostatnim dwudziestoleciu, raczej nie mają zamiaru być wajdelotami przypominającymi dawne, dobre dzieje. Nie chcą krzepić, lecz wręcz przeciwnie, próbują popsuć nam dobry humor. Jeżeli ktoś mógłby być patronem tej generacji pisarzy, to z pewnością nie Sienkiewicz, lecz Gombrowicz. Niestety, nie powstał nowy „Transatlantyk”, mamy za to całą flotyllę stateczków żeglugi śródlądowej. Dobre i to.

Po trudne, wcześniej przemilczane tematy, chce sięgać kino. W najbliższej przyszłości prawdopodobnie powstaną dwa filmy o Jedwabnem. Jaki będzie scenariusz Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze, na razie jeszcze bliżej nie wiemy, natomiast wizję swego filmu przedstawił niedawno Władysław Pasikowski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Rozpoczął jednak od narzekań, iż bardzo długo musiał czekać na dofinansowanie z państwowej kasy. Ale przytaczał też niechętne opinie kolegów ze środowiska, w tym niewymienionego z nazwiska wybitnego aktora, który przeczytawszy scenariusz, niemal obrażony poradził reżyserowi: Ty najpierw nakręć film o tym, jak Polacy ratowali Żydów, a dopiero potem o Jedwabnem!

Nasz kłopot z oceną przeszłości jest jednak taki, że wciąż jesteśmy niewolnikami odziedziczonego po XIX w. idiomu polskości, opartego na przekonaniu o absolutnej niewinności. Tymczasem nie zawsze byliśmy najpiękniejsi, najdzielniejsi i najszlachetniejsi. Dzisiaj, kiedy, jak pisał 20 lat temu poeta, „jesteśmy już we własnym domu”, możemy bez kompleksów rozmawiać także o tym, „co do tej pory znosiliśmy z bólem”. Co nie znaczy, że nie ma sensu „Bitwa warszawska 1920”, której premierę Jerzy Hoffman zapowiada na koniec września. Pod warunkiem oczywiście, że będzie to dobry film, ale tego jeszcze nie wiemy.

Tak się mówi

Na zakończenie jeszcze cytat z „Wariacji pocztowych” Kazimierza Brandysa, powieści epistolarnej (ojcowie piszą do synów, potem ci do swoich synów itd.), do której dobrze po latach sięgnąć, ponieważ zawarte w niej rozważania o polskim losie także dziś mogą skłonić do przemyśleń. Oto fragment ostatniego listu: „1970. Zyndram Zabierski do swego syna Jacka (Virginia State University, U.S.A.). Pisane w Warszawie. Ja ciebie nie zatrzymywałem. Rozumiem, że chciałeś wyjechać. Pamiętam ostatnią rozmowę, powiedziałeś wtedy: ten kraj. Tu często się tak mówi. I w tym jest zaklęcie jakieś, coś pogardliwie fatalistycznego, jakby antymesjanizm, którego wieszczem może być każdy chłystek. Nie wykreślaj pewnych słów ze swoich songów. Do tego kraju wracano po ucieczkach. Chciałbym ci czegoś oszczędzić, nie wiem dokładnie czego. I tak zrobisz to, co będziesz chciał. Przynajmniej nie rób tego, czego nie będziesz chciał”.

Dzisiaj znowu tak się mówi – w tym kraju, choć ów zwrot nie ma już chyba mocy fatalistycznego zaklęcia. Jest raczej wyrazem lajtowego stosunku do kwestii polskości. Taka postawa niczego nie wyklucza ani nie przekreśla – po prostu wyraża bezpieczny dystans, choć nie da się wykluczyć, że czasem bywa demonstracją „antymesjanizmu chłystka”. Rada, aby niektórych słów nie wykreślać ze swych pieśni, też zasługuje na rozważenie. Nawet jeżeli miałoby to być słowo patriotyzm, które bywa źle widziane w towarzystwie modniejszych słów, odruchowo kojarzy się bowiem z prawicą, Radiem Maryja, ciemnogrodem i antyeuropejskością.

Zmęczenie polskością, które to przykre uczucie znane jest bynajmniej nie tylko osobom sceptycznie nastawionym do bogoojczyźnianego dogmatu, sprawia, iż coraz częściej pojawia się niełatwe pytanie: Gdzie jest obecnie Polska serio? Wszyscy szukamy odpowiedzi, dobrze zatem, że i artyści nie stoją bezczynnie z boku, próbując, jak to powiedział Warlikowski, pomóc nam odnajdywać tożsamość i pamięć. A że pełniej wypowiadają się w wywiadach niż w dziełach, to już zupełnie inna sprawa.

Polityka 35.2011 (2822) z dnia 24.08.2011; Kultura; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Kraj, ale lajt"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Patrycja Bereznowska: do biegania same nogi nie wystarczą

Patrycja Bereznowska przebiegła przez piekło. Zajęła drugie miejsce na świecie.

Juliusz Ćwieluch
15.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną