Kultura

Wierzę w śmiech

Rozmowa z Laurie Anderson

Laurie Anderson Laurie Anderson WENN.com / BEW
Laurie Anderson, amerykańska performerka, gość literackiego Portu Wrocław 2012, opowiada m.in. o początkach swojej drogi artystycznej, pisarstwie i niedoszłej operze dla Thomasa Pynchona.
Tak literacki Port Wrocław 2012 zapowiadał swojego głównego gościa.Wyd. Biuro Literackie/materiały prasowe Tak literacki Port Wrocław 2012 zapowiadał swojego głównego gościa.

Julia Fiedorczuk: Powiedziała pani ostatnio, że będąc artystką odczuwa pani coś w rodzaju „kompleksu Boga”. Co to znaczy?

Laurie Anderson
: Powiedziałam to oczywiście całkiem żartobliwie. Chodziło mi tylko o to, że artyści nie pracują na zlecenie. Artysta wyobraża sobie jakąś rzecz, chce, żeby zaistniała i wynajduje sposób na stworzenie jej. To zachwycające. Czegoś nie było, a potem jest. To bardzo ekscytujące. Oczywiście, „kompleks Boga” to zbyt mocne słowa, artyści nie mają swojego nieba, nikogo nie oceniają. Miałam na myśli tylko twórczy charakter pracy artysty.

Kiedy myśli pani o samych początkach swojej drogi artystycznej, czy przypominają się pani jakieś zdarzenia lub osoby, które wywarły na panią istotny wpływ?


Na samym początku była nauczycielka plastyki w podstawówce. Wspaniała postać. Po pierwsze wyglądała zupełnie inaczej niż pozostali nauczyciele, a to robiło ogromne wrażenie. Nosiła wielkie kapelusze i bardzo kolorowe ubrania. Co jednak ważniejsze, jej pojawianie się i znikanie nie zależało od dzwonka. Nasze życie, życie dzieci, było całkowicie podporządkowane dzwonkom. Dzwonek! I wybiegamy na podwórko. Dzwonek! I z powrotem do szkoły. Już wtedy uważałam, że to jakiś rodzaj tyranii. Denerwowało mnie, że muszę żyć w ten sposób. Ona przychodziła po dzwonku i wychodziła przed dzwonkiem. Wydawało mi się to cudowne, i pomyślałam – oto ktoś, kim chciałabym być.

Uważa się panią za artystkę osobną, jednocześnie jednak mów się o przystępności pani pracy. Czy uważa się pani za artystkę awangardową?

Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek rozumiałam co to znaczy. Ale, owszem, w przeszłości ten termin miał jakieś zastosowanie. Powiedzmy – w latach siedemdziesiątych. Potem sposób przenikania sztuki do kultury głównego nurtu zaczął się zmieniać i awangarda znikła. Po pierwsze, nagle okazało się, że wszędzie jest mnóstwo artystów. I już chociażby z powodu ogromnej liczby artystów zaczęła zmieniać się struktura tego świata. Ludzie kończyli szkoły plastyczne i musieli szukać sobie jakichś zajęć. Zaczynali pracować, powiedzmy, w reklamie. Albo tworzyć sztukę użytkową. Dzięki temu świat stał się o wiele piękniejszy – na przykład, mamy teraz bardzo dużo ładnych biur.

A dziś? Czy dzisiaj ten termin może jeszcze cokolwiek znaczyć?

Nie. To jest termin, który odnosi się do przepływu treści w obrębie świata sztuki. Awangarda – pojęcie, które ma swoje źródło w języku militarnym – oznaczała wybieganie na przód, przed swój czas. Teraz przepływ treści jest natychmiastowy. Żyjemy w wieku informacji... chociaż z drugiej strony, to też nie jest takie proste. Wydawałoby się, że wszystko wiemy, a to wcale nie prawda.

Czy fakt, iż żyjemy w wieku informacji, w dobie internetu, wpływa na to, kim jesteśmy i na sposób w jaki ludzie komunikują się pomiędzy sobą? W jaki opowiadają o swoim życiu?

Nie wpływa chyba na to, kim jesteśmy, ale bardzo ogranicza naszą zdolność koncentracji. Rozmawiałam ostatnio z trenerką psów. Powiedziała, że czasem próbuje wyjaśniać ludziom – właścicielom psów - jakieś proste kwestie, ale oni nie są w stanie skupić się na dłużej niż kilka sekund. Potem zaczynają rozmawiać przez telefon, albo muszą coś załatwić. Więc jakim cudem miałaby im wytłumaczyć jak mają szkolić swoje psy, skoro oni sami po paru chwilach tracą zainteresowanie? Produkcje artystyczne też muszą stawać się coraz krótsze. Kilka razy próbowałam opowiedzieć jakąś historię w przestrzeni muzeum, ale nigdy mi się to nie udało. Problem jest związany z czasem, z synchronizacją czasu i ludzkiego ruchu. Chodzi po prostu o to, że nie da się wpłynąć na to w jaki sposób ludzie przemieszczają się w przestrzeni muzeum. Chodziła pani kiedyś po galerii sztuki słuchając nagranych instrukcji przewodnika? To naprawdę denerwujące. Człowiek chce przemieszczać się we własnym tempie, tymczasem słyszy instrukcje: „teraz proszę przejść do następnego obiektu...”. I myśli sobie, „zaraz, zaraz, najpierw chcę zobaczyć to!” To okropnie irytujące.

Czy obecność Lolabelle w niektórych pani opowieściach i występach była sposobem na przezwyciężenie ludzkich przyzwyczajeń percepcyjnych?

Psy mają znakomity słuch i węch. Opowieści, w których pojawiała się Lolabelle, dotyczyły odczuwania świata. Pies może służyć jako pośrednik pomiędzy człowiekiem, a różnymi elementami rzeczywistości. Kiedy obserwuje się psa, który biega i wącha różne rzeczy, można sobie wyobrazić całkiem inny sposób doświadczania danego fragmentu świata.

Powiedziała pani kiedyś, że jest po pierwsze artystką, po drugie mieszkanką Nowego Jorku, po trzecie kobietą. W jaki sposób te elementy tożsamości wpływają na pani widzenie świata?

To naprawdę zależy od kontekstu - i ta hierarchia jest oczywiście zmienna. Nie umiem powiedzieć która część mnie jest kobietą, a która jest związana z Nowym Jorkiem. To się cały czas zmienia.

Nowojorczyk – kto to taki?

Każdy, kto mieszka w wielkim mieście. Nowy Jork bardzo się zmienia. Podobnie jak wszędzie na świecie, chodzi przede wszystkim o to, że powstają wielkie, nowe bloki.

Poszukując nowych punktów widzenia miała pani wiele bardzo nietypowych doświadczeń. Na przykład, zatrudniła się pani w McDonald’sie. Czemu służą takie eksperymenty?

To część mojej pracy artystycznej. Znów, chodzi o to, żeby spojrzeć na świat z trochę innej perspektywy, to wszystko. Cała reszta jest w moich opowieściach.  

Przytacza pani czasem zdanie Johna Cage'a, który twierdził, że wszystko już istnieje, wobec czego wystarczy pracować z tym, co jest. Czy to odnosi się także do pani pracy?

Nie, w tej chwili nie bardzo. Czasem pracuję bardziej jak dziennikarka, wtedy ważne jest, żeby uważnie obserwować to, co już istnieje. W tej chwili jednak pracuję bardziej jak pisarka – maluję też nowe obrazy. W tych nowych pracach interesuje mnie łączenie treści i struktury w nowy, ciekawy sposób, ważna jest wyobraźnia. To nie jest z Cage'a. Nie mam zestawu elementów, z którym pracuję, nie rzucam kością, nie stosuję takich metod.

Mówi pani o pisaniu – chciałabym zatem zapytać o język. Jako „zawodowa opowiadaczka” - właśnie tak czasem pani o sobie mówi - pracuje pani w języku. Język to materiał opowieści i sposób na komunikowanie się z czytelnikami bądź słuchaczami. Jednocześnie jednak – napisała pani o tym znaną piosenkę - „język to wirus”, jak mawiał William Burroughs. W jaki sposób radzi sobie pani z tą sprzecznością?

Och, pomówmy lepiej o czymś innym. Już tyle razy odpowiadałam na to pytanie, że bez trudu znajdzie pani odpowiednie cytaty – proszę powiedzieć czytelnikom, że nie staram się być tajemnicza, po prostu nie mam siły w kółko powtarzać tego samego. Lubię wymyślać nowe rzeczy.

Czy zatem pomysł, aby wziąć udział w festiwalu poetyckim, podczas którego odbędzie się premiera książki z przekładami pani tekstów i opowieści na polski – język bardzo przecież odległy od angielskiego – to nowość?


Tak! To nowe i bardzo ekscytujące. Od dawna chciałam zrobić coś bez muzyki, coś nie obudowanego strukturą występu, która zwykle wyznacza sposób, w jaki pracuję. Tym razem będę miała do dyspozycji tylko słowa. Tylko mowę. Jestem tym bardzo przejęta.

Czy takie zredukowanie środków ekspresji pozwala uzyskać nową jakość, czy może być, paradoksalnie, ubogacające?

Ponieważ komponuję muzykę, większość tych słów napisałam do muzyki. Są to zasadniczo teksty piosenek. Ale ludzki głos to przecież najstarszy instrument muzyczny. I jestem ogromnie ciekawa jak zadziała muzyka samych słów, bez wsparcia innych instrumentów.

Czy właśnie w tym kierunku zmierza teraz pani praca?

Nie, niekoniecznie. Pracuję też nad nowymi piosenkami, więc nie jest to żadna tendencja – raczej jednorazowy eksperyment.

Niezależnie od tego, czy pracowała pani z muzyką, czy nie, zawsze pojawiały się w pani twórczości nawiązania do literatury. Czy czytanie to ważna cześć pani życia?

Powiedziałabym, że bardzo ważna. Interesuje mnie sposób, w jaki ludzie układają swoje opowieści. To bardzo ciekawe, że ta sama opowieść jest tak zupełnie inna u Miltona i, powiedzmy u Sterne'a. Przyglądam się metodom narracyjnym różnych pisarzy. Jeśli chodzi o ulubionych autorów, na samej górze listy umieściłabym Melville'a. Zaraz potem byłby pewnie właśnie Lawrence Sterne, z tymi swoimi niekończącymi się narracjami. Z drugiej strony, doceniam też opowieści skondensowane, o strukturze zbliżonej do haiku.

Czy naprawdę napisała pani kiedyś list do Pynchona?

Tak. Zapytałam, czy mogę skomponować operę do Tęczy grawitacji. O dziwo, Pynchon odpisał. Odpowiedział: tak, zgadzam się, pod warunkiem, że będzie to opera na pojedyncze banjo. Pomyślałam, że to bardzo piękny sposób na odmowę.

Jakie tematy zajmują panią w tej chwili? O czym są pani najnowsze prace?

Nie pracuję z konkretnymi tematami. Przygotowuję nowy show, w którym pojawiają się motywy związane z ewolucją. Ale także z pięknem. Z polityką. Od strony wizualnej ważna jest w nim czerń i biel, a także surowość zapisu nutowego. A w opowieściach ważny jest humor. Staram się połączyć wiele różnych elementów.

Tak zwykle jest z pani występami – a humor i śmiech, należą chyba do najbardziej charakterystycznych cech pani twórczości?

Wierzę w śmiech. Śmiech jest doznaniem fizycznym, a ja ufam doznaniom fizycznym. Bardzo trudno jest udawać, że człowiek się śmieje.

Czy humor związany jest z buddyjskim podejściem do rzeczywistości?

Tak. Można tak powiedzieć.

Czy są takie rzeczy, o których zrobieniu dopiero pani marzy – nowe projekty, nowe plany?


Och, mam jakieś 10 lub 12 takich rzeczy. Ale nie mogę o nich opowiadać. Jestem przesądna i martwię się, że wtedy wcale ich nie zrobię. Poza tym, jeśli będę o nich mówić, zacznę je definiować, a to nie jest dobre.

*

Laurie Anderson - ur. 1947 roku. Amerykańska performerka, rzeźbiarka, reżyserka, plastyczka, piosenkarka i kompozytorka. Współpracowała m.in. z Peterem Gabrielem i Brianem Eno. Jej ostatnia płyta to "Homeland" z 2010 r. Prywatnie - żona Lou Reeda.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Kryzysowe relacje dzieci z rodzicami

Prof. dr hab. Katarzyna Schier o tym, jak polska historia wpływa na polskie rodziny.

Katarzyna Czarnecka
06.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną