Kultura

Twardszy niż House

Przełom w medycynie w nowym serialu Stevena Soderbergha

Główny bohater Główny bohater "The Knick" w trakcie operacji. HBO / materiały prasowe
Podczas gdy w Polsce część lekarzy chce cofnąć medycynę do czasów średniowiecza, Steven Soderbergh i Clive Owen w świetnym serialu „The Knick” pokazują, jak w bólach z tamtej epoki wychodziła.
Clive Owen jako dr. John Thackery w 'The Knick'.HBO/materiały prasowe Clive Owen jako dr. John Thackery w "The Knick".
Pierwowzór postaci Johna Thackery'ego - William Steward Halsted przy stole operacyjnym.SPL/EAST NEWS Pierwowzór postaci Johna Thackery'ego - William Steward Halsted przy stole operacyjnym.

Rok temu Steven Soderbergh, twórca 30 filmów, wśród których były oscarowy „Traffic” i „Ocean’s Eleven”, zaskoczył informacją, że w wieku 50 lat przechodzi na filmową emeryturę. „To po prostu przestało być zabawne” – uzasadniał swoją decyzję. A potem, już jako emeryt, zabrał się do pracy. Na nowojorskim off-Broadwayu wyreżyserował spektakl „The Library” („Biblioteka”) o strzelaninie w szkole, na nowo zmontował „Kafkę”, swój film z 1991 r. Poza tym importuje boliwijską brandy o nazwie Singani 63 oraz prowadzi połączenie bloga ze sklepem internetowym. Ale i tak wszystkich najbardziej zaskoczyła wiadomość, że zgodził się wyreżyserować dziesięcioodcinkowy serial, w dodatku nie dla telewizyjnego giganta w typie HBO, tylko mającego skromniejsze ambicje kanału Cinemax. Premiera już 9 sierpnia.

Myślę, że w tym momencie kariery już żaden z moich wyborów nie powinien szokować – śmieje się, odpowiadając na pytanie o powody zaangażowania w produkcję. Szokujący nie jest sam udział twórcy hollywoodzkich hitów w telewizyjnym projekcie – gwiazdy reżyserii współtworzą seriale już od ładnych kilku lat. Jednak wielcy reżyserzy zwykle ograniczają się do wyreżyserowania pilotowego odcinka (wyjątkiem jest David Lynch, twórca „Miasteczka Twin Peaks”), a kolejnymi częściami zawiadują już ich mniej znani, za to bardziej dostępni (i tańsi) koledzy po fachu. Tymczasem Soderbergh potraktował cały serial jako autorski projekt, konsultował scenariusz, wyreżyserował wszystkie odcinki, interesował się zdjęciami i montażem, a także współprodukował całość.

Byłem pierwszą osobą, która dostała scenariusz, i już po paru stronach wiedziałem, że jest tak dobry, że jeśli nie ja, to następny czytający wyreżyseruje go na pewno – tłumaczy. – Świetnie łączy wiele kwestii. Oczywiście sprawy medyczne, ale ważną rolę gra tu też ekonomia – utrzymanie szpitala. I demografia, i stosunki społeczne. W początkach XX w. do Nowego Jorku przybywało 40 tys. imigrantów rocznie, nagłówki w prasie brzmią bardzo współcześnie.

Nie bez znaczenia było też to, że scenariusz reprezentował jeden z najpopularniejszych telewizyjnych gatunków: dramat medyczny. – Czytając go, czułem, że jako reżyser mogę pchnąć tę produkcję w nieoczekiwanym kierunku, znaleźć estetykę, dzięki której nie będzie przypominała typowego serialu medycznego. To było wyzwanie – dodaje Soderbergh.

Udało się. Osadzone w Nowym Jorku początków XX w. „The Knick” (od nazwy szpitala Knickerbocker) to samo w sobie oryginalne połączenie dramy medycznej z serialem kostiumowym, które pod batutą Soderbergha nabrało współczesnego tempa i wyrazu. Także dzięki świetnym aktorom, z Clive’em Owenem na czele, oraz elektronicznej, transowo-ambientowej muzyce Cliffa Martineza (głośny autor ścieżki dźwiękowej filmu „Drive”) i naturalistycznie pokazanym scenom operacji, które przywodzą na myśl estetykę kina gore.

Przeciw nostalgii

Chciałem, żeby był dosłowny, chciałem, żeby niektórzy nie mogli patrzeć na pewne sceny, bo tak te sytuacje wyglądały w rzeczywistości w tamtych czasach – tłumaczy Soderbergh, przyznając, że serial wiele zawdzięcza nowojorskiemu archiwum Stanleya B. Burnsa, w którym można oglądać zdjęcia instrumentów medycznych i zabiegów chirurgicznych z początku XX w. – Z filmami kostiumowymi jest często tak, że towarzyszy im pewna nostalgia. Patrzysz na piękne kostiumy czy sceny i myślisz: Och, jakie to było piękne... Chciałem, żeby ludzie, oglądając ten serial, myśleli: O Boże, jak dobrze, że tak już nie jest! Bo prawda jest taka, że jeśli w tamtych czasach byłeś chory na tyle, żeby trafić do szpitala, to najprawdopodobniej oznaczało to, że umrzesz. Życie było wtedy brutalne.

Brutalne, krótkie i w dodatku właśnie zaczęło przyspieszać. – Do 1895 r. nikt nie słyszał nagranego głosu, a kilka lat później mogłeś już kupić gramofon i słuchać płyt. Pojawiły się filmy, na ulice wyjechały pierwsze automobile – wylicza współscenarzysta „The Knick” Jack Amiel. – Lekarze, podobnie jak architekci i wynalazcy, stali się nowymi pionierami, nowymi bohaterami Ameryki. Po całym stuleciu panowania kultury brytyjskiej zabierali Amerykę w nowe stulecie – amerykańskie.

Nowy Jork staje się centrum świata. Wśród pacjentów szpitala Knickerbocker na Manhattanie (istniał naprawdę, choć w innej części miasta) nie brakuje wynędzniałych imigrantów, przywożonych z niewentylowanych klitek, w których gnieżdżą się całymi rodzinami. Ale przybywają tu także Amerykanie z prowincji, którzy chcą poczuć pęd nowoczesności i przeżyć przygodę. Jak Lucy, młodziutka pielęgniarka (gra ją Eve Hewson, prywatnie córka Bono, wokalisty U2), która stopniowo z naiwnej prowincjuszki przeobrazi się w dojrzałą, wielkomiejską kobietę.

To także czas początków ruchów emancypacyjnych. Za moment o swoje miejsce w białym, patriarchalnym i protestanckim amerykańskim społeczeństwie zaczną walczyć kobiety i czarni. Przedstawicielką pierwszych jest w serialu Cornelia Roberts (Juliet Rylance) – empatyczna szefowa szpitalnego biura opieki społecznej, ale też w imieniu swojego ojca – bogatego armatora i fundatora szpitala – zasiadająca w zarządzie placówki. Drugich reprezentuje czarnoskóry chirurg Algernon Edwards (André Holland), wykształcony na Harvardzie, z uporem przebijający bariery rasowych uprzedzeń, zarówno wśród pacjentów, jak i personelu szpitala.

Medycynie w tym czasie wciąż jeszcze bliżej do znachorstwa i rzeźni niż do sztuki leczenia bazującej na wiedzy płynącej z naukowego eksperymentu i doświadczenia. A lekarze częściej są bezradnymi obserwatorami śmierci swoich pacjentów, niż rzeczywiście mogą im ulżyć w cierpieniu czy wyleczyć.

Świetnie pokazuje to zabieg cesarskiego cięcia, przeprowadzany w pierwszych minutach pilotowego odcinka. Szokujące dla współczesnego widza jest tu wszystko: że chirurdzy ledwo opłukują ręce i nie zakładają masek, ubogi zestaw narzędzi przypominających albo zwykłe sztućce, albo narzędzia tortur, wycieranie krwi wypływającej z otwartych trzewi zwykłymi ścierkami, niezdarne wpychanie brudnymi rękami wypływających wnętrzności z powrotem do brzucha pacjentki... – Z wizualnego punktu widzenia to była wspaniała epoka. Są zdjęcia, które pokazują operacje z tego okresu, wykonywane w audytorium, w otoczeniu lekarzy obserwatorów – opowiada Soderbergh. – Lekarze nie nosili masek, więc widać ich twarze, co dla mnie jako dla reżysera jest wspaniałe. Te operacje są jednocześnie przerażające i piękne, jest w nich obecny aspekt rytualny, który dla mnie jest bardzo ekscytujący.

Podobne obrazy można znaleźć we wznowionej właśnie przez Znak wstrząsającej książce „Stulecie chirurgów” Jürgena Thorwalda, portretującej chirurgię XIX w.

Doktor na haju

Granego przez Clive’a Owena (aktora można podziwiać równolegle w wyświetlanych właśnie w kinach świetnych „Więzach krwi” Guillaume’a Caneta) głównego bohatera „The Knick”, doktora Johna Thackery’ego, poznajemy w dość zaskakujących okolicznościach. W pierwszej sekundzie serialu naga chińska prostytutka delikatnie potrząsa ramieniem wąsatego faceta kontemplującego swoje piękne, godne rockmana buty: „John, kazałeś się obudzić o 7.30”. John wstaje, zakłada surdut, melonik, ciemne okulary i wychodzi z – jak się okazuje – opiumowej meliny gdzieś w zaułkach Chinatown. W dorożce zdejmuje piękny but i robi sobie... pobudzający zastrzyk z kokainy. Za chwilę zobaczymy go przy stole operacyjnym. A potem przestaniemy się dziwić, że potrzebował narkotyków, żeby w tamtych czasach móc wykonywać zawód chirurga i nie strzelić sobie w łeb z bezradności.

Postać Johna Thackery’ego, podobnie jak większość elementów serialu, także ma swój rzeczywisty pierwowzór. William Steward Halsted, bohater biograficznego bestsellera sprzed trzech lat „Genius on the Edge: The Bizarre Double Life of Dr. William Steward Halsted” („Geniusz na krawędzi: Dziwne, podwójne życie doktora Williama Stewarda Halsteda”) pióra Geralda Imbera, był „najbardziej wpływowym chirurgiem w historii Ameryki”. To on wynalazł znieczulenie miejscowe i zewnątrzoponowe (w kręgosłup), wprowadził zwyczaj używania podczas operacji gumowych rękawiczek, był pionierem użycia jedwabnych nici do zszywania ran, rozwinął techniki stabilizacji ciśnienia krwi podczas zabiegów chirurgicznych, wynalazł radykalną mastektomię, transfuzję krwi i operacyjne leczenie przepukliny. Jednak eksperymenty z ulepszaniem metod anestezji doprowadziły go do uzależnienia od kokainy, a potem heroiny, z którym zmagał się do końca życia. Jednocześnie cały czas pracując.

Serialowa wersja Halsteda odziedziczyła namiętności swojego pierwowzoru: chęć przyczynienia się do rozwoju medycyny jako nauki (po nieudanej operacji pociesza swojego przyjaciela i szefa „To nie ty zawiodłeś, tylko procedury”), do eksperymentów (sam wytwarza narzędzia ułatwiające operowanie, znieczula pacjentów, serwując im kokainę prosto w kręgosłup) oraz do narkotyków.

Jest coś niebezpiecznego w tym gościu i coś pociągającego jednocześnie – tłumaczy Clive Owen. – Piękno robienia serialu telewizyjnego polega na tym, że masz czas na zbudowanie wizji rozwoju postaci, pokazanie jej złożoności i niejednoznaczności. Na odkrywanie ludzkich cech bohatera, mimo że w miarę rozwoju historii ujawnia coraz więcej tych negatywnych.

Teoria dupka

Mieszanka geniuszu, odwagi, poświęcenia, uzależnienia od narkotyków i wrednego charakteru z kolei upodabnia Thackery’ego do pamiętnego doktora House’a, który na szczyty aktorskiej sławy wywindował Hugha Lauriego (podobnie jak Owen – Brytyjczyka). Ktoś nawet nazwał Thackery’ego „doktorem House’em w meloniku”. Podobnie jak House Thackery jest do bólu racjonalistą i pragmatykiem, co nie ułatwia mu kontaktów z otoczeniem. Kiedy walczy z nominacją na stanowisko chirurga w swoim szpitalu dla czarnoskórego Edwardsa, to nie dlatego, że jest rasistą, ale dlatego, że wie, iż jego kolor skóry będzie odstraszać od szpitala pacjentów, którzy nie życzą sobie być dotykani przez czarnoskórego lekarza. A to grozi spadkiem dochodów szpitala i w dobie morderczej konkurencji – bankructwem.

Soderbergh objawił się niedawno jako fan bestsellerowej książki „Assholes: A Theory” („Palanci: Teoria”) filozofa Aarona Jamesa i wyznawca poglądu, że zadowolone z siebie dupki to zaraza naszych czasów. Twierdzi jednak, że Thackery nie do końca jest uosobieniem tej postawy. – John jest geniuszem i dupkiem, ale to drugie wcale mu w życiu nie pomaga. Kto wie, czego mógłby jeszcze dokonać, gdyby był normalnym, fajnym gościem? Ludzie zwykle nie chcą pracować z palantami, wybierają fajniejszych, choć może mniej zdolnych. Ile szans John przez swój charakter przegapił?

Zdaniem aktorów Soderbergh przypomina Thackery’ego tylko w pełnym pasji podejściu do pracy. Dziesięć godzinnych odcinków nagrano w 73 dni. Nieprofesjonalne zachowania typu omdlenia na widok igły nie wchodziły w grę. – Tylko dwa ujęcia każdej sceny, a przecież kręciliśmy skomplikowane sceny operacji, gdzie trzeba było koordynować pracę wielu osób. To było bardziej jak gra w teatrze: musisz być dobry, bo nie będzie kolejnego podejścia. Przeżyliśmy – Eve Hewson wciąż jest pod wrażeniem tempa pracy. A po obejrzeniu pilotowego odcinka trudno nie być pod wrażeniem całego serialu. Cinemax widzi w „The Knick” swoją szansę na przeskoczenie do telewizyjnej ligi mistrzów. Jeszcze przed premierą pierwszego sezonu zamówił następne dziesięć odcinków. A Soderbergh, do niedawna jeden z najbardziej zapracowanych hollywoodzkich reżyserów, teraz będzie najbardziej zapracowanym emerytem Hollywood.

Polityka 32.2014 (2970) z dnia 05.08.2014; Kultura; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Twardszy niż House"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Los bezpłodnych katolików: niech Bóg decyduje

Wierzą w Boga, dlatego nie decydują się na potępiane przez Kościół in vitro i inseminację. Niepłodni po katolicku.

Elżbieta Turlej
24.01.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną